Dziewczyny strony

Pamiętacie sprawę "pobicia na śmierć za ochlapanie wodą z kałuży"?

2020.09.17 09:53 kezu_reddit Pamiętacie sprawę "pobicia na śmierć za ochlapanie wodą z kałuży"?

Pamiętacie sprawę

https://preview.redd.it/ehdp3zh4wnn51.png?width=630&format=png&auto=webp&s=efd55f1f7f5a099511a3024b7f23c1247e79ac9d
Narrację w tej sprawie utorowały media: "Skatowany na śmierć, za ochlapanie błotem". A to Polska w pigułce. W tej sprawie widać potworność tła, na którym to wszystko się rozegrało:
  • ofiarą był ktoś, kto w lokalnej społeczności uważany był za bardzo brutalnego bandytę;
  • sprawcy nie mieli planu zatłuczenie ofiary na śmierć;
  • biorąc powyższe pod uwagę, zapewne kiedy już go zaczęli bić, to bili tak, żeby nie wstał i on ich nie zabił.
To właśnie takie m. in. niuanse, różnią "zabójstwo" od "pobicia ze skutkiem śmiertelnym". Ciężka sprawa dla sędziego. Jednocześnie woda na młyn dla takiego polityka, jakim jest obecny prokurator generalny... Także woda na młyn dla mediów...
Dziś pisze o tym wyborcza, znacznie lepiej niż w styczniu, pokazując więcej tła całej sprawy:
"21-letni Patryk to złota rączka. Nie miał stałej pracy, ale nieźle sobie radził, bo wszystko potrafił naprawić. O dziesięć lat starszego Pawła też w Bzitem wszyscy znają. Z wykształcenia mechanik samochodowy, pisał teksty dla wiejskiego zespołu ludowego, grał w nim na bębnie i udzielał się w ochotniczej straży pożarnej.
Obaj mieli dziewczyny, planowali przyszłość. Nigdy nie byli karani.
38-letni Henryk, ich sąsiad, zwykle był zamknięty w sobie, ale wystarczyła iskra, by wystrzelił. Wtedy bywał porywczy, nieobliczalny, lepiej było omijać go szerokim łukiem. Taki postrach okolicy. We wsi do dziś pamiętają, jak kilka lat temu ciężko pobił żonę. Nie wiadomo, o co poszło. Kobieta doczołgała się do samochodu i pojechała do szpitala. Przytomność straciła przed drzwiami wejściowymi. Lekarze ją uratowali. Henryk trafił do aresztu, wyrok, więzienie. Żona z trojgiem małych dzieci już nigdy do niego nie wróciła".
[...]
"Jest koniec stycznia zeszłego roku, leniwe niedzielne popołudnie. Odwilż. Paweł właśnie wybrał się z narzeczoną na spacer. Pod sklepem zobaczył znajomego złotego citroena. Wewnątrz siedział Patryk z dziewczyną. Paweł nachylił się nad otwartą szybą auta. Kumple planowali wspólny wyjazd na kilka dni.
Obok sklepu przejeżdża Henryk, wracał z cmentarza, gdzie zapalił świeczkę na grobie rodziców. W aucie siedzi Kasia.
Tu zeznania zaczynają się różnić. Według jednej wersji kierowca specjalnie z impetem wjechał w kałużę, by obryzgać błotem parę stojącą obok citroena. Inni świadkowie będą utrzymywali, że kierowca passata ominął kałużę, jadąc środkiem drogi, ale mimo to Paweł z dziewczyną zostali ochlapani.
Widząc, że za kierownicą volkswagena siedzi Henryk, Paweł wskakuje do środka citroena i obaj ruszają za passatem. Po dwóch minutach są przed domem Heńka.
Dalej zaczęło się kulturalnie. Patryk podszedł do passata i grzecznie zapukał w szybę. – Ochlapałeś nas, mógłbyś uważać – zwrócił uwagę kierowcy. Henryk z uśmiechem na twarzy zaprzeczył. To chyba zirytowało Partyka i Pawła. – Okejos. Przeprosisz i nie ma sprawy – zaproponowali. I wtedy Henryk miał wybuchnąć. – Wypad z mojego podwórza, bo was zaraz kultury nauczę – rzucił w stronę sąsiadów.
Wszystko, co działo się później, trwało 15, może 30 sekund. Przedstawione przez strony sporu okoliczności i wersje zaczynają się różnić diametralnie".
[...]
"Napastnicy trafili do aresztu jeszcze tej samej niedzieli. Patryk po czterech godzinach, Paweł po ośmiu. Zostali szybko aresztowani, zresztą mimo licznych wniosków obrońców o wypuszczenie na wolność za kratami przebywają do dziś.
Już w prokuraturze tłumaczyli, że zostali przez Heńka napadnięci, a ciosy zadali w samoobronie.
Świadczyć miały o tym wdeptane w śnieg druciane okulary Patryka, które zostały na miejscu. Napastnicy zmienili front, kiedy sąsiad zmarł. Wtedy zaczęli tłumaczyć, że rzeczywiście bili, ale tylko dlatego, by nie zostać pobitymi. – Wiedzieliśmy, kto to jest. Baliśmy się – zeznał Paweł. Potem, wraz z upływem miesięcy spędzonych w areszcie, zaczęli oskarżać się nawzajem o główny udział w pobiciu.
Do dziś śledczym nie udało się odnaleźć narzędzia zbrodni, czyli pałki/pałek. Konkubina ofiary wraz z dziećmi zeznała, że napastnicy wrzucili je do swojego samochodu i odjechali z nimi. Obrona z kolei sugerowała, że narzędzie zbrodni zostało schowane/zniszczone przez rodzinę zmarłego. Ale na to żadnych dowodów nie ma".
[...]
"Śledztwo przebiegło sprawnie. Prokuratorowi zgromadzenie dowodów zajęło cztery miesiące. Pod koniec maja Paweł z Patrykiem zostali oskarżeni o śmiertelne pobicie. Prokurator oparł się na opinii biegłych, według których zmarły otrzymał ciosy przede wszystkim w plecy i tył głowy, kiedy już leżał. Więc absolutnie nie mógł atakować. Poza tym sami napastnicy podczas zajścia nie doznali najmniejszych obrażeń.
[...] Prokurator w mowie końcowej domagał się dla Pawła i Patryka po 10 lat więzienia, czyli kary maksymalnej za przestępstwo pobicia ze skutkiem śmiertelnym, i 70 tys. zł zadośćuczynienia dla czwórki dzieci zmarłego.
Dzień przed zeszłorocznym sylwestrem zapadł wyrok. Paweł został skazany na cztery lata więzienia, a Patryk na pięć. Obaj muszą też zapłacić zadośćuczynienie dzieciom, jak chciał prokurator – po 50 tys. zł każdemu z dzieci. Czyli w sumie są winni po 200 tys.
Jeszcze tego samego dnia minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na antenie TVP Info nie przebierał w słowach:
– Nawet gdyby przyjąć, że tutaj mamy do czynienia z pobiciem ze skutkiem śmiertelnym, to kara orzeczona jest znacząco niższa od grożącej za tego rodzaju przestępstwo. Już poleciłem swojemu zastępcy, prokuratorowi Robertowi Hernandowi, aby dokonał analizy tej sprawy i zbadał ją pod kątem zmiany oceny prawnej z pobicia ze skutkiem śmiertelnym na zabójstwo z zamiarem ewentualnym, za co grozi dożywocie. W Polsce zbyt często nadużywa się pobicia ze skutkiem śmiertelnym w sytuacji, kiedy sprawcy poprzez swoje działania musieli zdawać sobie sprawę z dużego prawdopodobieństwa, że ich brutalność i użyte narzędzia mogą spowodować skutek śmiertelny.
Łagodny wyrok jak ulał wpisywał się w stereotyp sędziowskiej „kasty” złodziei chroniących innych przestępców. Ale sędzia Paweł Tobała, który skazał Pawła i Patryka, to klasyczny przykład „dobrej zmiany” w sądach. Przez zdecydowaną większość kariery orzekał w mało znaczących sprawach w Sądzie Rejonowym w Krasnymstawie. W zeszłym roku przeniósł się do Sądu Okręgowego w Zamościu, a potem z rąk prezydenta RP Andrzeja Dudy otrzymał nominację na sędziego okręgowego. Nazwisko Tobały można znaleźć na listach poparcia kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, które przez ponad rok tak ukrywała Kancelaria Sejmu.
Po miesiącu prokuratura odwołała się od wyroku sędziego Tobały. Śledczy z Zamościa nie zmienili kwalifikacji czynu z pobicia ze skutkiem śmiertelnym na zabójstwo. I tak jak w grudniu domagali się dla Pawła i Patryka po 10 lat więzienia.
Prokurator w apelacji szczegółowo wyjaśnił, dlaczego nie zmienił kwalifikacji czynu. Bo sprawcy udali się pod dom ofiary jedynie celem zwrócenia uwagi, bo jadąc na miejsce, nie planowali pobicia, bo rozpoczynając konwersację z ofiarą, zapukali w szybę samochodu, bo nie mieli z ofiarą zatargów, bo zadali jedynie dwa ciosy, bo nie byli karani, bo w miejscu zamieszkania mieli dobrą opinię.
Ostatniego dnia sierpnia odbyła się pierwsza rozprawa apelacyjna. Kolejną wyznaczono na listopad".
całość tu: https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,26307603,wjechal-passatem-w-kaluze-i-ochlapal-sasiadow-nie-przeprosil.html
submitted by kezu_reddit to Polska [link] [comments]


2020.08.25 21:49 Omega_Den Najnowszy artykuł o Urbanie w Newsweeku

Przeczytałem najnowszy artykuł o Urbanie w Newsweeku.Jako Polak brzydzę się oczywiście tym czasopismem, ale jako politolog i osoba próbująca docierać do Polaków po drugiej stronie barykady muszę czasem też zajrzeć czym oni sobie trują głowę.Zajrzałem, przeczytałem.Mój żenadometr już po pierwszych zdaniach stracił skalę. Tak mocno szambo wybiło.To relatywizowanie zła, której twarzą przecież zgodził się być Urban. To robienie z niego zabawnego starszego pana. Oczywiście już na wstępie pojawiły się wypowiedzi (ciekawe na ile prawdziwych a nie zmyślonych) osób, w tym nastoletniej dziewczyny w opryskliwy i wulgarny sposób opisujących ludzi na prawicy (faszyści, nacjonaliści, anty LGBT no i oczywiście propisiarze). Odtrutką na nich ma być właśnie zabawny uszaty starszy pan Urban.Potem jest już tylko lepiej. Wcale nie był komunistą. Nie. On był LIBERAŁEM. To już dobrze nie ? Już nie wspierał swoimi działaniami morderczego dla milionów Polaków systemu narzuconego przez obce państwo (z tradycyjnymi sługusami tzw. Polacy bez rodowodu) ? Trzęsie mnie jak wspominam niedawną lekturę ze złości. I do tego radosny ton całego artykułu. Że Urban nie ma żadnej świętości i ze wszystkiego sobie żartuje. No nie ze wszystkiego. Tylko wiecznie z tego samego. I nawet sądy z nim wygrać nie potrafią (podejrzewam, że nie chcą)
Artykuł kończy się dość smutno gdzie sam udzielający wywiadu stwierdza, że jest osobą nie mającą przyszłości ( w kontekście swojej śmierci). Jako Polak, stwierdzam szkoda. Ludzie, którzy stworzyli coś dobrego, przynoszącego piękne owoce zazwyczaj na tym etapie życia piszą,że mają nadzieję, że ich pracę ktoś będzie kontynuować, że zasiane ziarno będzie rodziło obfite plony, podsumowują co udało im się osiągnąć przez dekady ciężkiej pracy, z jakim pozytywnym skutkiem dla narodu.Czy możemy to samo powiedzieć o Jurku ? Tak lubią na lewicy się spoufalać. Nie pan Urban, nie pan Jerzy, tylko Jurek.Chyba się nie obrazi prawda ?
Lubię happy endy. Tak samo jak filmowe historie o nawróceniach złych bohaterów. Tzw. redemption stories. Ile życia, tyle nadziei. Może jeszcze na sam koniec nawróci się, wyspowiada, choć na sam koniec spróbuje naprawić choć część tego co niszczył z takim ubawem ?
P.s :Ale zdjęcie na okładce ma b. dobre. Wyjątkowo się udało fotografowi to zdjęcie.
Ps2 : A zaraz po nim kolejny jeszcze gorszy artykuł - wywiad z osobą LPG.....tam żenadometr wyskoczył przez okno
submitted by Omega_Den to konfa [link] [comments]


2020.03.20 22:17 baobaab dziwny w ciul sen

dziś mi sie śniło że mam koło 12 lat i siedze w szkole i wychowawczyni czyta uwagi w sali i mówi że ja 10 i podchodze do niej i żeby pokazała i pytam sie ile to na stare jak ona pisała a ona że sześć i potem siedze w ławce naprzeciwko takiej dziewczyny z piegami i ona mówi że sie od tych uwag zaczerwieniłem a ja że nie i potem pustka i potem śniło mi sie takie pomieszczenie gdzie w środku była baba i facet i facet i oni wszyscy tacy poparzeni i tam była taka masa czarna z białymi grudkami i baba i facet na jednej stronie boją się tacy pooparzani i ten facet gniecie tą mase i roztapia sie na podłodze w takie krwawe oparzone spaghetti jakby i próbuje sie podnieść bo zmienił forme w jakby człowieka i wydał taki histeryczny płacz jak strażak z czarnobyla na hbo jak go grafit poparzył i znowu upadł na ziemie i ta masa z krwią zczerniała i obudziłem sie i była tak 5:40 i nie pisze tego normalnie bo pisze na telefonie i szybko bo to dziwny sen bo jeszcze po obudzeniu sie czytałem o różnych promieniowaniach bo może ta masa to paliwo jądrowe i temu ich tak oparzyło a jednego zmieniło w czarną spaloną mase co to miało być ja jestem normalny przecież
submitted by baobaab to Polska [link] [comments]


2020.02.17 15:49 BlackDevil13 Szantaże, sutenerstwo, łapówki i haracze W roli głównej: GROM COMBAT mjr. Jacek Kowalik, sutener, przestępca Dariusz Wójcik oraz mordercy z Nangar Khel Borysiewicz i Ligocki. Na czyje zlecenie powstał paszkwil Onetu?

Szantaże, sutenerstwo, łapówki i haracze W roli głównej: GROM COMBAT mjr. Jacek Kowalik, sutener, przestępca Dariusz Wójcik oraz mordercy z Nangar Khel Borysiewicz i Ligocki. Na czyje zlecenie powstał paszkwil Onetu?

Szantaże, sutenerstwo, łapówki i haracze W roli głównej: GROM COMBAT mjr. Jacek Kowalik, sutener, przestępca Dariusz Wójcik oraz mordercy z Nangar Khel Borysiewicz i Ligocki. Na czyje zlecenie powstał paszkwil Onetu?

Szantaże, sutenerstwo, łapówki i haracze
W roli głównej: GROM COMBAT mjr. Jacek Kowalik, sutener, przestępca Dariusz Wójcik oraz mordercy z Nangar Khel Borysiewicz i Ligocki.

Zdjęcie: Były dowódca JW GROM płk Piotr Gąstał z oficerami – przestępcami.
To odpowiedź na haniebny i kłamliwy paszkwil portalu Onet.pl który, pojawił się na pierwszej stronie tego prestiżowego serwisu pod hasłem #wybieramyprawdę. Pod tekstem podpisali się Kamil Dziubka, Marcin Wyrwał i Edyta Żemła.
Bardziej kłamliwego i oszczerczego materiału od dawna nie można było zobaczyć. To ewenement, za którym kryje się fascynująca historia z osobami z pierwszych stron gazet w roli głównej.
Mowa o tekście, który znajdował się na pierwszej stronie Onetu – „Bogdan Węgrzynek, Giermek Księżnej Angeliki”. Już sam wstęp niczym z harlequina miał zbudować atmosferę.
Dlaczego taki tekst był przez Onet promowany jako numer jeden?
Dlaczego trójka dziennikarzy napisała obszerny tekst o rzekomym drobnym oszuście? – bo tak rysuje tę postać tekst.
Dlaczego człowiek, który nie jest osobą publiczną, tylko drobnym prywatnym przedsiębiorcą staje się tematem nr. 1 na całą Polskę?
I dlaczego w artykule dotyczącym niby Węgrzynka, na samym środku widzimy zdjęcie Angeliki Jarosławskiej Sapiehy?
Sprawa jest fascynująca, a w tym tekście znajdziecie odpowiedz na znacznie więcej pytań.
Bogdan Węgrzynek, którego przedstawiono w artykule Onetu, którego próbowano w ten sposób zdyskredytować, ośmieszyć, pozbyć wiarygodności, to człowiek, który w cieniu przez kilkanaście lat służył na rzecz Polski. Dzięki niemu zatrzymani zostali groźni przestępcy.
Na czyje zlecenie powstał paszkwil Onetu?
To bardzo niepokoi. Czy Ci niby rzetelni dziennikarze są opłacani przez przestępców?
Poniżej opisane są historie zatrzymania przestępców i osoby z pierwszych stron gazet oraz piastujące najważniejsze stanowiska w kraju, które są z nimi związane
Zanim do tego przejdziemy, zadajmy pytanie dotyczące paszkwilu Onetu.
Dziennikarze w tekście przytaczają szereg rzekomych wydarzeń, mających zdyskredytować Bogdana Węgrzynka.
Tekst może i robiłby wrażenie, ale ma pewną słabość – Ani jeden przytoczony świadek kluczowych wydarzeń, ani jeden bohater tej opowieści nie jest wymieniany z imienia i nazwiska (w odróżnieniu od Bogdana Węgrzynka i Angeliki Jarosławskiej Sapiehy), nie ma żadnych dokumentów, ani nagrań, mających poświadczyć rzetelność tych informacji, nie ma podanych miejsc i adresów, żadnych zdjęć.
Tekst pod kątem merytorycznym jest zupełnie bezwartościowy.
Tak napisać można o każdym, kogo się nie lubi lub na kogo dostało się zlecenie.
Znajdują się za to fragmenty mające zohydzić głównego bohatera, sprawdzić, by stracono do niego zaufanie. To czyni tekst zwykłym paszkwilem.
Zapytajmy więc dziennikarzy tego tekstu – Dlaczego nie podajecie nazwisk bohaterów, którzy wyprowadzali Węgrzynka, z jakiego miejsca? Z jakiego biura? Może zdradzicie publiczności, gdzie pracował w 2017 roku Węgrzynek? I gdzie tamtej wiosny miał biuro i rzekome barwnie opisane naszywki GROMu?
Nie odpowiecie. Bo to wszystko są kłamstwa, które opisujemy bardzo skrupulatnie w naszym prawdziwym artykule
#Bronimyprawdy.
Warto jeszcze nadmienić, iż niejaki Kamil Dziubka, autor tekstu, od jakiegoś czasu nękał i stalkował Angelikę Jarosławską Sapiehę. Codziennie wchodził na jej profile społecznościowe i próbował za wszelką cenę zdobyć serce jasnowłosej bussineswoman. Kiedy odrzucony absztyfikant poczuł gorzki smak porażki, zaczął atakować w sposób niebywały młodą kobietę, wykorzystując do tego narzędzia medialne.
Zacznijmy więc odkrywać fakty, podając – w odróżnieniu od dziennikarzy Onetu – nazwiska, daty i miejsca:
Za pieniądze, kupują stanowiska, funkcjonariuszy, ba – nawet ministrów.
Potrafią finansować bankiety, na których bawią się prokuratorzy, sędziowie czy komornicy.
Opłacają dziennikarzy, czy nawet sponsorują media by pokazać rzekomą uczciwość tych, których natychmiast powinno się odizolować od społeczeństwa.
W Polsce można nawet kupić akt łaski u Prezydenta RP.
Tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość nieświadomych Polaków.
Dzisiaj w Polsce można zniszczyć każdego. Powstają fundacje i organizacje, które na zlecenie uruchamiają farmę trolli, by te niszczyły niewygodnych działaczy, konkurentów czy polityków. Ba nawet w samym Sejmie RP takie fabryki trolli skopiowano i pieniądze publiczne, pochodzące z pieniędzy ciężko wypracowanych przez Polaków przekazywane są na niszczenie… niewygodnych Polaków.
Dzisiaj publikujemy kolejną część informacji na temat osób, przestępców, których dosięgła ręka sprawiedliwości. Osób, które postanowiły za wszelką cenę zniszczyć człowieka, który przez lata pracował na rzecz Rzeczypospolitej.
Dariusz Wójcik często chwali się, że do chrztu podawał go sam Kiszczak.
Jak to się stało, że taki młokos otwiera w sercu Stolicy ekskluzywne burdele z byłymi oficerami Urzędu Ochrony Państwa, a w spółkach ma osoby z różnych służb?
Do burdeli, gdzie zatrudniane są Polki, Ukrainki i Tajki dołączony jest serwis wyjazdowy, którego ochroną zajmują się byli policjanci i GROM-owcy.
Burdele wyposażone są w ukryte kamery – takie same jak w burdelach afery podkarpackiej, aby zachowywać w pamięci (często potem wykorzystywane) upojne chwile; polityków, księży, funkcjonariuszy a także biznesmenów z pierwszych stron gazet.
Dariusz Wójcik do swego burdelu sprowadza często niepełnoletnie Ukrainki i Tajki; jako wyborny czy ekskluzywny towar. Również trunki są nie byle jakie.
Dziewczyny wiedzą co zamówić, a barman w zasobach ma unikalne medykamenty, które doprowadzają mężczyzn do szaleństwa.
Kiedyś okradzeni prezesi oskarżali te miejsca, gdy pod wpływem narkotyków czy tabletek zostawiali w tych lokalach za noc po kilkaset tysięcy złotych.
Parę lat temu było głośno o tym procederze z członkami rady nadzorczej jednej ze spółek skarbu państwa.
Do agencji towarzyskich – burdeli „Hustler” i „VegasClub” często zaglądają nietuzinkowi goście.
Wójcik dba o nich jak o perełki – pielęgnuje, częstuje szampanami za kilkaset złotych. Dariusz Wójcik- suteren opowiada swoim gościom różne nieprawdopodobne historie, ale też dzięki swojej wyobraźni i fantazji rozwija kolejne firmy.

Zdj – zródło: PAP
Szczyci się Centrum Nurkowym Dive4Fan, firmę eventową Loft44, zakłada salon urody i kosmetyczny, pizzerie, firmę IT, a także działalność detektywistyczną.
Często wymienia barmanów i bramkarzy, choć jednego sobie upodobał najbardziej.
Z bramkarzami często się nie rozlicza twierdząc, że wszyscy go oszukują. Trzeba przyznać, że bramkarz za noc w pracy u Wójcika potrafił wyciągnąć całkiem sporą sumę.
Wójcik dorabia się wielkich pieniędzy, w jego stajni samochodów znajdują się bardzo ekskluzywne limuzyny: Maybachy, BMW, czy AUDI.
Dariusz Wójcik to niewysoki, szczupły blondyn, cherlawy i bojaźliwy. Dlatego opłaca funkcjonariuszy, którzy pilnują jego biznesu, zwłaszcza kiedy dostarczany jest „towar”.
Ekskluzywny „towar” kosztuje oczywiście sporo więcej i jest dla najwyższych elit.
Kiedy poznaje Jacka Kowalika, byłego oficera GROMu zaczyna się między nimi wielka przyjaźń. Oczywiście oparta o kasę.
Kowalik jest częstym gościem nocnych klubów Wójcika, korzysta z wszystkich atrakcji burdelowych komnat. Często robi w nich burdy, kiedy wypije za dużo. Chwaląc się historią jak z Jamesa Bonda
Wójcik wtajemnicza Kowalika w przestępczy proceder. Zakładają też fundację poświęconą byłemu założycielowi GROM ppłk Leszkowi Drewniakowi.
Wójcik wyposaża fundację w sprzęt, samochody. Kowalikowi kupuje nową brykę AUDI Q7.
Pracownicy nocnych klubów Dariusza Wójcika – barmani oraz zaufane dziewczyny faszerowali nieświadomych niczego klientów substancjami odurzającymi, aby Ci tracili kontrolę i wydawali więcej pieniędzy.
Dariusz Wójcik chwali się na lewo i prawo burdelowskimi zdobyczami, pozostawionymi przez gości domu uciech. Sam często korzysta z blachy policyjnej.
Wśród klejnotów koronnych pozostawionych przez bywalców można było znaleźć legitymacje poselskie, paszporty dyplomatyczne, odznaki funkcjonariuszów Policji, ABW, Urzędów Skarbowych i innych.
Ekipa X zaczyna swoją przestępczą działalność. Kowalik do współpracy zaprasza byłych komandosów, którzy są oskarżeni w procesie zabójstwa cywili w Nangar Khel – plutonowego awansowanego do stopnia sierżanta (chyba za mord na cywilach) Tomasza Borysiewicza i starszego szeregowego rez. Damiana Ligockiego. Tak dorabiali żołnierze, którzy żalili się prasie, że, nie mają na chleb. Błagali Dudę o ułaskawienie.
W Nangar Khel tak naprawdę strzelali do cywili jak do kaczek. Sam Petelicki czytając scenariusz walk i przeprowadzenie ataku przez Polaków wycofał swoje poparcie dla morderców. Obwiniał kadrę szkoleniową, za zbyt krótkie i mało profesjonalne przeszkolenie żołnierzy, którzy wyjechali na misję. Nikt z wioski nie wybaczył polskim żołnierzom mordu na cywilach, jak pisała Żemła w swoim artykule. Cywile ginęli w okropny sposób, a rannym nikt nie udzielił pomocy. Sami Amerykanie żądali ukarania Polaków, którzy nie podporządkowali się ani procedurom, a atak przeprowadzili bez pozwolenia.
Jednym z wielu przykładów przestępczej działalności Jacka Kowalika i Dariusza Wójcika jest relacja z Iwoną Gaweł – właścicielką Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wielokrotnie karaną za wyłudzenia kredytów bankowych i fałszowanie dokumentacji finansowej oraz ubezpieczeniowej.
W 2014 roku, w okresie, kiedy Gaweł była skazana prawomocnymi wyrokami, ze swojej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości pozbywa się niewygodnego dyrektora zarządzającego mieszkańca Szczecina.

![img](zoi4g0ibyhh41 " Zdjęcie: Dokumenty – kolejny wyrok skazujący Iwonę Gaweł za przestępstwa finansowe. Zdjęcie operacyjne.")
Jacek Kowalik z fałszywymi GROMowcami, pod bronią zmuszają dyrektora, aby podpisał wiele dokumentów, a następnie wyprowadzają go z firmy, grożąc, iż jeśli kiedykolwiek zbliży się do Iwony Gaweł znajdą go na końcu świata i „upierdolą”.

![img](ug4eax69yhh41 " Zdjęcie: Były dowódca JW GROM płk Piotr Gąstał z oficerami – przestępcami.")
Potem Iwona Gaweł płaci haracz. Można to nazwać ryczałtową opłatą za ochronę Jacka Kowalika.
W 2015 roku, już po tych wydarzeniach, Bogdan Węgrzynek zostaje prezesem zarządu ARP (pełni funkcję prezesa ARP, 8 miesięcy, następnie po wykryciu poważnych nieprawidłowości zgłasza odpowiednim organom kontrolnym spółkę ARP).
Gdy dołącza do firmy na prestiżowe stanowisko, spółka z pozoru wygląda wzorowo, co więcej – jest promowana przez agencje rządowe, takie jak PARP i NCBR, czy nawet Ministerstwo Gospodarki co skutecznie zachęca go do podjęcia tego wyzwania.
Po jakimś czasie i analizie sytuacji firmy, widzi, iż w firmie są nieprawidłowości, a co więcej – wyłudzone zostały milionowe dotacje unijne, oszukiwani są podwykonawcy. Na zaproszenie Iwony Gaweł w firmie pojawiają się wątpliwe osoby.
Bogdana Węgrzynka przed działalnością Iwony Gaweł zaczyna także ostrzegać wiele osób.
Kiedy Węgrzynek dla Iwony Gaweł i Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości organizuje pierwszy Światowy Kongres Klastrów w Dąbrowie Górniczej, przed wydarzeniem odbywa się konferencja prasowa. Po transmisji konferencji przez TVP, Węgrzynek dostaje wiele informacji iż Iwona Gaweł oszukała wiele osób i jest w świecie śląskiego biznesu „persona non grata”.
Bogdan Węgrzynek zarządza kontrolę w spółce ARP.
Iwona Gaweł zaczyna go szantażować, iż jeśli nie zatrzyma kontroli, to ona nie wypłaci pieniędzy za Światowy Kongres Klastrów, które zostały przelane na konto ARP od partnerów m.in. od Marszałka Woj. Śląskiego, Prezydenta Dąbrowy Górniczej czy innych sponsorów w wysokości kilkuset tysięcy złotych.
Pod nieobecność Węgrzynka do firmy wchodzą – jak oznajmia Iwona Gaweł – „funkcjonariusze CBŚP”, którzy zabierają komputer i twardy dysk z gabinetu Węgrzynka.
Potem okazuje się, iż byli to podający się za funkcjonariuszy Policji: Jacek Kowalik oraz Dariusz Wójcik…
Rzekomo chodziło o współpracę ARP z Prezydentem Żor. Faktycznie – Gaweł angażowała się w kampanię wyborczą prezydenta Żor Waldemara Sochy, a sam Prezydent pojawiał się w ARP kilkukrotnie na spotkaniach w cztery oczy z Gaweł. Socha, jak i przewodniczący rady maiasta bardzo blisko współpracowali z ARP. Sam przewodniczący Kosztyła był mecenasem w ARP.
Kiedy Węgrzynek wrócił z wyjazdu do ARP, Iwona Gaweł pokazała dokumenty z policji z nakazem wejścia i przeszukania pomieszczeń. Węgrzynek w tajemnicy przed Gaweł skontaktował się z policją. Okazało się, że nic takiego nie miało miejsca.
Po tym fakcie, powiadomił także ABW i funkcjonariuszy o sytuacji, która miała miejsce w ARP, szantażach Iwony Gaweł oraz o wszystkich nieprawidłowościach spółki, które jak należy zaznaczyć, miały miejsce przed jego dołączeniem do spółki ARP.
Iwona Gaweł informuje, że ktoś zgłosił donos i pokazuje dokument wystawiony przez CBŚ. Jak się okazało, dokument był podrobiony przez grafika Dariusza Wójcika.
Od swoich informatorów B.W. dostaje informacje, iż w burdelu Dariusza Wójcika wymieniane są maile między Iwoną Gaweł a Dariuszem Wójcikiem i Jackiem Kowalikiem. W klubie Hustler spotykają się także byli żołnierze z Nangar Khel. Razem obmyślają plan wejścia do ARP i strategię zastraszenia prezesa Bogdana Węgrzynka.
Kiedy Węgrzynek przesyła otrzymane informacje do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, zaczyna się pełny monitoring działalności Iwony Gaweł, Dariusza Wójcika, Jacka Kowalika oraz opłacanych przez przestępców funkcjonariuszy policji i ABW.

Zdjęcie: Dokumenty – kolejny wyrok skazujący Iwonę Gaweł za przestępstwa finansowe. Zdjęcie operacyjne.
Pod nieobecność Węgrzynka, do ARP przyjeżdżają Wójcik i Kowalik. Iwona Gaweł żali się, iż jest osaczona przez Węgrzynka.
Panowie przyjeżdżają swoimi Q7, opowiadają, że zaangażują do tego więcej osób, zwłaszcza byłych funkcjonariuszy służb, oraz byłych oficerów Policji i ABW.
Za kwotę 500 000 zł chce pozbyć się Węgrzynka z Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.
Iwona Gaweł zdradza również, iż jej życiowym partnerem jest były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień.
Stało się jasne, dlaczego Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości Iwony Gaweł tak dobrze wyglądała na pierwszy rzut oka. I dlaczego miała tak dobre referencje.
Jerzy Stępień skutecznie wspierał swoją kochankę. Pomagał Iwonie Gaweł uniknąć wyroków skazujących za swoje poczynania, bowiem za swoją przestępczą działalność powinna bezwarunkowo siedzieć w zakładzie karnym.
15 kwietnia 2015 roku odbywa się w Katowicach kolejna edycja Europejskiego Kongresu Gospodarczego.
Funkcjonariusze monitorujący Gaweł, Kowalika i Wójcika montują swoje urządzenia w II budynku należącym do ARP, który wynajmowany jest przez firmę SYRION.
W Katowicach agenci ABW spotykają się z Węgrzynkiem informując, iż tego dnia planowana jest akcja w ARP, ale funkcjonariusze informują go, że wszystko monitorują i zabezpieczają.
W momencie, kiedy Węgrzynek rozmawia z funkcjonariuszami dzwoni Iwona Gaweł, myśląc iż Węgrzynek jest obecny na kongresie. Faktycznie Węgrzynek brał udział w kongresie, ale funkcjonariusze poinformowali go, iż to idealna okazja, by rozpracować Iwonę Gaweł i jej kolesi.
Już w Katowicach funkcjonariusze ABW podłączają i zabezpieczają podsłuch i radiolokator Węgrzynkowi. Do ARP jedzie zgodnie ze wskazówkami z drugą osobą, aby pokazał obiekt i przeszedł się po się po inwestycji. Chodzi o to, aby funkcjonariusze mieli czas dokładnie sprawdzić sprzęt i odsłuch zainstalowany na Bogdanie Węgrzynku.
Kiedy przyjeżdża do Agencji służbowym samochodem i z auta wychodzi z nim kolejna osoba, Gaweł, Kowalik i Wójcik są w wielkiej konsternacji.
Węgrzynek wchodzi do ARP i przedstawia Iwonę Gaweł. Rozmawiają chwilę, ale nie sposób nie zauważyć bladej, jąkającej się Iwony Gaweł, która jest wręcz sparaliżowana.
Węgrzynek znów zgodnie ze wskazówkami agentów ABW wychodzi z budynku głównego. Wchodzi do budynku, który wynajmuje SYRION, znajdującego się naprzeciw biura Gaweł. Funkcjonariusze ponownie sprawdzają sprzęt, odsłuchują, kiedy Węgrzynek rozmawia z właścicielami Syrionu. Agenci proszą, aby przeszedł się on jeszcze po inwestycji, elektrociepłowni ORC, budowanej przez Gaweł aby mieli trochę więcej czasu. Agenci czekają na kolejnego operacyjnego busa. Ustalają porządek działań wedle wcześniejszych procedur. Agenci ABW informują, że są w gotowości do natychmiastowego wejścia.
Proszą o rozwagę, ponieważ przestępcy są wyposażeni w broń palną.
Kiedy Węgrzynek wchodzi na plac budowy, widzi rozlokowane samochody: dwa AUDI Q7 Kowalika i Wójcika, oraz samochody byłych żołnierzy Nangar Khel oraz dwóch innych osób. Funkcjonariusze postawili na ochronie również swoich ludzi, aby mogli na bieżąco śledzić rozwój sytuacji.
Kiedy Bogdan Węgrzynek dostaje właściwy sygnał, z zaproszonym gościem wchodzą do Agencji.
Po chwili rozmowy Węgrzynek prosi dyrektora zarządzającego Jerzego Kozubskiego, aby z gościem pojechał do restauracji na obiad.
Iwona Gaweł zaczyna szlochać, że już nie ma siły na to wszystko, że agencja jest w fatalnym stanie, że te oskarżenia co do niej są wymyślone, że nigdy nie była karana, etc.
Iwona Gaweł chce zapłacić nawet milion złotych, aby Bogdan Węgrzynek wyniósł się z Agencji.
Ten staje się dla niej bardzo niewygodny. Węgrzynek naciska na Iwonę Gaweł, aby ta rozliczyła się ze swoimi podwykonawcami np. TT SOLAR, z panem Gutowskim, z Toper Bud, panem Nieużytkiem z firmy budowlanej, z firmą SYRION, gdzie posługiwała się fałszywymi fakturami, firmą od ociepleń czy firmy cateringowej Gastro oraz firmy, która instalowała elektrykę. Oszukanych firm przez Iwonę Gaweł jest naprawdę wiele. Jednym z prawników, którzy prowadzą procesy przeciwko Iwonie Gaweł i ARP jest kancelaria adwokacka KBZ i Partnerzy, Krzysztofa Żuradzkiego z Katowic.
Węgrzynek prosił, aby ta spłaciła Światowy Kongres Klastrów, który odbył się w Dąbrowej Górniczej. Na ten kongres klastrów bowiem pieniądze od partnerów i sponsorów wpływały na konto ARP do których dostęp miała Iwona Gaweł i jej córka Dominika Gaweł, która w tym czasie była członkiem zarządu i jedną z księgowych ARP. Były to pieniądze m.in. od Marszałka Woj. Śląskiego, Prezydenta Dąbrowy Górniczej oraz innych sponsorów. W sumie ponad kilkaset tysięcy złotych.
Po przyjeździe dyrektora Kozubskiego z gościem, Węgrzynek miał pojechać do Katowic i kontynuować udział w kongresie. Jednak poprosił dyrektora, aby ten odwiózł gościa na miejsce Europejskiego Kongresu Gospodarczego.
Iwona Gaweł i jej grupa amatorów oddychają z ulgą, nie mają pojęcia, że od samego rana są na pełnym monitoringu.
W sekretariacie zostaje asystentka Iwony Gaweł, Magdalena Mazurek.
Hasłem do wejścia funkcjonariuszy ABW, miało być wypowiedzenie słów „co robisz schowaj tą broń”.
Po kilku minutach do biura Iwony Gaweł wchodzi sutener z Warszawy Dariusz Wójcik z Jackiem Kowalikiem.
Od zewnątrz blokują drzwi Borysiewicz i Ligocki.
Sutener przedstawia się jako były GROM-owiec i człowiek ze służb, który z Kowalikiem brał udział w operacjach w Iraku i Afganistanie. Kompletnie nie ma pojęcia, iż Węgrzynek dokładnie wie kim on jest.
Wymachuje odznaką ABW i mówi o „Kisielu” (byłym operatorze GROM), który zawsze był nieudacznikiem i alkoholikiem, który w GROMie jest nikim.
Kowalik mówi jasno, że Iwona Gaweł jest pod ich ochroną.
Gaweł przynosi dokumenty do podpisu, aby ten złożył podpisy i wyniósł się z Agencji.
Dokładnie tak jak w scenariuszu, kiedy właścicielka ARP pozbywała się rok wcześniej byłego dyrektora.
Niestety nic nie idzie po jej myśli.
Jacek Kowalik prosi, aby Bogdan Węgrzynek nie robił zamętu i problemów. Wójcik zaczyna się histerycznie zachowywać, widząc, że Węgrzynek pozostaje na te groźby obojętny.
Do pokoju wchodzą Borysiewicz i Ligocki. Ligocki, wytatuowany goguś stara się być groźny, ale to Borysiewicz zamierza skraść show i zaimponować zebranym.
Skazani za morderstwa cywilów Borysiewicz i Ligocki mają przy sobie broń krótką.
Borysiewicz, prezentuje się jak największy cham klnąc i sapiąc. Takim kowbojskim grymasem wykrzyczał, iż zabijał już ludzi na misjach i nie zawaha się zabić kolejnej osoby.
Węgrzynek krótko skwitował przebierańca słowami: Jesteś za wielkie zero i nie rzucaj kurw tutaj przy mnie.”
Wywiązała się mała szarpanina, w trakcie której Węgrzynek chwycił za szyję nieustraszonego Borysa, który w sekundzie był blady jak właścicielka ARP Iwona Gaweł. Ligocki pchnął Węgrzynka, a Wójcik podwinął ogon i ulotnił się z gabinetu. Uspokoił sytuację Kowalik, który grzecznie mówił o tym, aby zapanować nad nerwami.
Węgrzynkowi nigdzie się nie spieszyło. Iwonie Gaweł i wynajętym bandytom również. Węgrzynek wiedział, że ta amatorka nie będzie trwać wiecznie.
– Funkcjonariusze mieli odsłuch wszystkiego co się dzieje w ARP, a panowie byli bardzo wylewni, dając tym samym bogaty materiał nagraniowy.
Potem Węgrzynek z przestępcami wyszli tylnymi drzwiami. Wsiedli do samochodu i pojechali w kierunku mieszkania należącego do Iwony Gaweł, które znajdowało się na jednym z osiedli w Chorzowie.
Było to mieszkanie, tzw. służbowe w którym mieszkał Węgrzynek. Właścicielka ARP Iwona Gaweł wieczorami kilkukrotnie przyjeżdżała do tego miejsca, aby odwiedzić Węgrzynka, którego darzyła bardzo głębokim sentymentem.
Nie był on jeszcze wtedy świadomy żadnych jej przestępstw, a tym bardziej planów na kolejne.
Za samochodem, w którym znajdował się Węgrzynek jechał samochód operacyjny ABW, gotowy do interwencji. Kiedy przyjechali do Chorzowa, udali się w kierunku mieszkania śmiejąc się pod nosem. Węgrzynek zabrał swoje rzeczy i wyszedł.
Borysiewicz i Ligocki, którzy towarzyszyli Węgrzynkowi nawet byli zdziwieni zachowaniem Węgrzynka. Nagrana została z tego momentu ciekawa rozmowa:
Kiedy zostawili go na parkingu, Borysiewicz powiedział Węgrzynkowi, żeby zapamiętał, że „Petelicki był skończoną kurwą i złamasem. Czarny też się wyłamał.” (Czarny – to pseudonim Sławomira Berdychowskiego, byłego GROMowca, założyciela i pierwszego dowódcy JW. AGAT.)
Ligocki dodał, że Petelicki niby wstawił się za nimi w procesie, ale w rzeczywistości nie zabierał głosu, kiedy go o to prosili. Na koniec dodał: „Kowalik i Wójcik ciebie zniszczą i pamiętaj, że pomimo, że trzymasz się blisko z GROMowcami, to jest ekipa, która w tym świecie rządzi.”
Węgrzynek odpowiedział grzecznie – Jestem wychowankiem Petelickiego, jestem człowiekiem honoru – dopadnę Was wszędzie. Gdyby Petelicki żył, pokazałby Wam, co to znaczy podszywać się pod GROM, a Kowalika nauczyłby pokory.
W służbach specjalnych o Borysiewiczu i Ligockim mówiono mało delikatnie – „chujopląty”, co oznaczać miało przebierańców, podających się za rzekomych specjalsów.
Po odjeździe przebierańców, po kilku minutach podjechał samochód operacyjny ABW i zabrał Bogdana Węgrzynka do Katowic do hotelu, gdzie spisali całą sytuację.
Następnego dnia Węgrzynek złożył szerokie zeznanie w prokuraturze.
Trzy dni później, złożył także zawiadomienie do CBA, Urzędu Skarbowego, NFOŚiGW, WFOŚiGW, PARP, oraz NCBiR.
Od tego czasu Kowalik, Wójcik, Ligocki i Borysiewicz byli pod kontrolą funkcjonariuszy.
Panowie posługiwali się fałszywymi dokumentami przeprowadzali kolejne usługi.
Powoływali się na wpływy w Instytucjach państwowych i u znanych polityków. Podszywali się pod funkcjonariuszy służb i policji.
Sam Węgrzynek 10 października 2017 r. doprowadził do głośnego zatrzymania na gorącym uczynku 4 osób w tym Dariusza Wójcika, kiedy ci przyjmowali 100 000 EURO łapówki w burdelu ochranianym przez Kowalika o nazwie HUSTLER. Tym razem powoływali się na wpływy w Ministerstwie Sprawiedliwości. To była tylko część pieniędzy z 4 000 000 nowego haraczu którego zażądał Wójcik.
Podczas tej zakrojonej akcji funkcjonariuszy CBA na Nowym Świecie, otoczyli burdel HUSTLER, ze wszystkich stron. W akcji brało udział wielu antyterrorystów. Kiedy w centrum Warszawy słychać było potężny huk ładunków wybuchowych to był sygnał rozpoczęcia nietuzinkowej akcji antyterrorystów. Drzwi niemal rozniosły się na strzępy, słychać było dźwięki rozbijanego szkła.
Tętniący życiem Nowy Świat usłyszał dźwięk rozbijającego się szkła i huk strzałów.
Wejście było wielkim pokazem kunsztu antyterrorystów – mówił Dawid S.
Uzbrojeni przestępcy byli zaskoczeni całą sytuacją.
Zatrzymano także funkcjonariusza policji, który współpracował z bandytami.
Kiedy Dariusz Wójcik, po dłuższych „wakacjach” wyszedł z więzienia, oznajmił wszem i wobec, że dopadnie Węgrzynka za wszelką cenę.
Nawiązał kontakt z kolejnym przestępcą, którego również rozpracował Bogdan Węgrzynek – Jackiem Pieńczakiem.
Pieńczak to przestępca mieszkający w Wolsztynie koło Poznania.
Jacek Pieńczak trudni się m.in. handlem bronią, wyłudzaniem podatku VAT i AutoCasco poprzez rozbijanie ekskluzywnych samochodów należących do swojej małżonki, Anity Karcz. Pieńczak współpracuje także z GROM-owcami, z jednym z nich – Wiesławem Woźnicą ma również spółkę BERLOPAC.
Pieńczak opłacał funkcjonariuszy CBA z Lubelskiej Delegatury strasząc najpierw swojego szwagra, a potem GROMowca Andrzeja Kusiołka „Kisiela”.
Coś musiało pójść nie tak z Iwoną Gaweł. Może przestała płacić haracz?
Ponieważ bandyci, którzy mieli zajmować się jej ochroną zaczęli publikować jej filmy erotyczne, na różnych portalach społecznościowych.
Sam Jacek Pieńczak zaczął opłacać dziennikarzy w tym znanego w świecie dziennikarstwa Piotra Nisztora, który dosyć, że zaprosił Pieńczaka na audycję do Polskiego Radia, prezentując go jako biznesmena to niejednokrotnie na swoim oficjalnym Twitterze pisał pochwalne peany o nim samym.
Nisztor również na jednym ze swoich oficjalnych portali społecznościowym chwalił się zdjęciem z karabinkiem ze strzelnicy należącej do Jacka Pieńczaka.
Tak właśnie wygląda dziennikarstwo w wykonaniu Nisztora.
Kilka dni później Nisztor opublikuje na Twitterze jedno z prywatnych zdjęć, okraszone komentarzem pełnym insynuacji. Zdjęcie jest skradzione z komputera pewnej osoby, która na nim widnieje. Nisztor opisuje zdjęcie jakoby było wykonane na Mazurach, co okazuje się nieprawdą.
Co ciekawe, zdjęcie to najpierw opublikowane było pod fikcyjnym kontem z nickiem WhiteDevil – opublikował je Jacek Pieńczak.
Erotyczny film w roli głównej z Iwoną Gaweł opublikowany w internecie przez Jacka Pieńczaka na profilu, który został dzięki prokuraturze usunięty, również obnażył innego dziennikarza mediów publicznych – Jacka Łęskiego.
W programie TVP Alarm! Jacek Łęski przedstawia Iwonę Gaweł jako ofiarę Bogdana Węgrzynka. W tle programu słychać przestraszony głos Gaweł. Ciekawe jest jednak to, że współpracownik UOP tzw redaktor Łęski nie natrafił na rzeczywistych poszkodowanych przez Iwonę Gaweł.
Były współpracownik UOPu i ABW Jacek „REDAKTOR” Łęski szykanował i próbował zdyskredytować Węgrzynka, umieszczając wypowiedź Iwony Gaweł o tym, jak to jest przez niego prześladowana. Łęski oprócz programu TVP Alarm, współprowadzi w TVP kontrowersyjny program „Studio Polska” z prominentką PiSu, a prywatnie nawet bardzo bliską jego przyjaciółką Magdaleną Ogórek. Wielokrotnie z tego programu usuwano niewygodnych gości, którym za wszelką cenę chciano zamknąć usta. W jednym z programów jeden z uczestników nie wytrzymał i przed kamerami na żywo powiedział, że Łęski szczuje na Polaków. Bardzo blisko zaprzyjaźniona z Łęskim współprowadząca stanęła w obronie Łęskiego strasząc gościa PiSowskimi sądami.
Dariusz Szymczyk i Waldemar Bozigórski
![img](ekm5nig2yhh41 " Zdjęcie – Bandyci zatrzymani na gorącym uczynku przez agentów CBA. Zródło: Gazeta.pl")
#grom #piotrgąstał #jwgrom #nangarkhel #kłamstwoonetu #onet #bogdanwęgrzynek #onetbogdanwęgrzynek
submitted by BlackDevil13 to u/BlackDevil13 [link] [comments]


2020.01.02 18:29 BlackDevil13 Prorosyjskie dziennikarki Chimiak i Siegień penetrują Polskę za pieniądze Sorosa

Szok! Prorosyjskie dziennikarki Katarzyna Chimiak i Paulinia Siegień penetrują Polskę za pieniądze z Fundacji Sorosa i Fundacji Batorego, publikując oszczerstwa przeciwko Narodowi Polskiemu.
Penetrują Polskę za pieniądze z Fundacji Sorosa i Fundacji Batorego, publikując oszczerstwa przeciwko Narodowi Polskiemu. Prorosyjskie dziennikarki Katarzyna Chimiak i Paulinia Siegień oraz ich praca na zlecenie wymierzona w Polaków.
Katarzyna Chimiak działająca od paru lat w stowarzyszeniu "Za Wolną Rosję", stypendystka założonej przez Sorosa i realizującej jego politykę fundacji im. Stefana Batorego oraz Paulina Siegień, filolog rosyjska, opisująca siebie jako „kochająca Kaliningrad”. Niedawno napisała o „rosyjskich sposobach na aktywistów”.
Widać, że sporo o tych metodach wie, biorąc pod uwagę jej ostatni cel.
Katarzyna Chimiak stale uczestniczy w spotkaniach dialogu rosyjsko-polskiego i ociepla wizerunek Rosji w Polsce.
Dwie nieopierzone dziennikarki, zwykle zajmujące się stricte tematyką rosyjską i prowadzące wywiady z Rosjanami, szukają swojej przestrzeni w polskiej polityce i politycznym dziennikarstwie.
Rosyjskie portale rozpisują się na temat apelu o pokój Jarosławskiej-Sapiehy i tutaj mamy zmasowaną odpowiedź prorosyjskich działaczy, portali czy dziennikarzy.
Owe panie dostają zlecenie na Angelikę Jarosławską-Sapiehę, Polkę, która na ostatnim spotkaniu prezydenckim Trójmorza 6 prezydentów w trakcie ich debaty zapytała: - Kiedy inicjatorzy Trójmorza zaproszą Ukrainę choćby na prawach obserwatora do Inicjatywy do której zaproszono Niemców i z kim chcą budować Trójmorze: z Rosją czy z Ukrainą?ponieważ Rosja jest w stanie wojny z Ukrainą, a zapędy Rosji poprzez bierność Unii Europejskiej są śmielsze”
- Po tej wypowiedzi nastąpił zmasowany atak na polską aktywistkę. Za wypowiedz podziękował jej Ambasador Ukrainy w Słowenii.
Kim jest Angelika Jarosławska Sapieha?
- Jest międzynarodowym Ambasadorem Pokoju. Za działania na rzecz wspierania Ukrainy;
- Jej organizacja – co jest jawne – zrealizowała z sukcesem parę projektów współpracy polsko-ukraińskiej, finansowanych m.in. przez Departament Stanu USA; - Na okupowanym Krymie, wspierając humanitarne ukraińskie organizacje pozarządowe mówiła o hipokryzji krajów, które nie przestrzegają sankcji wobec Rosji. Podała kilka głośnych przykładów firm z Niemiec i Francji. - Jest stale obecna na Ukrainie. Wspólnie z kobietami z Ukrainy, Gruzji i Syrii stworzyła inicjatywę kobiet na rzecz międzynarodowego pokoju.
Co stało się punktem zapalnym?
Angelika Jarosławska Sapieha stworzyła Białą Różę – ruch społeczny na rzecz demokracji, przeciw mowie nienawiści, nieopowiadający się za żadną partią polityczną. W początkowej fazie miała być to jednak nowa, niezależna partia polityczna oparta o potencjał organizacji klastrowych w Polsce, skupiających przedsiębiorców.
I tu jest zakopany przysłowiowy pies.
Atak w kontekście rzekomej pro rosyjskości pojawił się, również w momencie, gdy pojawiły się pierwsze informacje na temat Białej Róży w kontekście nowej partii politycznej. Co ciekawe, dziennikarski nie przeprowadzają wywiadu z Jarosławską. Nie taki ma być cel ataku. Piszą oparty na kłamstwach czy półprawdach paszkwil, który ma zdyskredytować Jarosławską.
Jak czytamy w artykule obu powyższych Pań w portalu Arbinfo.pl: „Angelika Jarosławska-Sapieha i Polska z kartonu 3.0. Jak pod okiem ministrów i służb wodzić RP za nos”
– „Jarosławska otrzymuje błogosławieństwo z rąk gwinejskiego kardynała Roberta Saraha. Kardynał Sarah to ultrakonserwatysta, który zwalcza prawa osób LGBT. Wspiera też Alphę Conde, prorosyjskiego prezydenta Gwinei. Jak podają m.in. „Economist” i „Guardian”, prezydenta Conde łączą bliskie stosunki z Kremlem. Według „Economista”, Rosjanie zachęcają prezydenta do łamania konstytucji. Według „Guardiana”, rosyjscy przedsiębiorcy z branży wydobywczej cieszą się szczególnymi przywilejami w Gwinei…”
Panie w swym artykule nie wspomniały także, że Kardynał Robert Sarah jest prefektem Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
- Co ciekawe, Kardynał Robert Sarah był specjalnym, honorowym gościem 16 listopada 2019 roku na Jasnej Górze, na konferencji Episkopatu Polski. 13 sierpnia 1979 Kardynał Sarah został mianowany przez Jana Pawła II biskupem diecezji Konakry. W chwili przyjęcia święceń biskupich w wieku 34 był najmłodszym biskupem rzymskokatolickim na świecie, dlatego Jan Paweł II, którego często przywołuje, nazywał go „dziecięcym biskupem”. Wypowiada się jako zdecydowany orędownik obrony tradycyjnej katolickiej nauki na temat rodziny, moralności seksualnej i prawa do życia oraz potępiania islamskiego radykalizmu.
Dwie młode dziennikarki sprzedają swój wizerunek znających się na wszystkim. Profesjonalistek. Czy aby tak jest na pewno?
W ich tekstach nie widać potrzeby przestrzegania zasad etyki dziennikarskiej.
W tekście jest za to wszystko to, czego uczy się młodych kadetów rosyjskich służb.
Atak wymierzony w Jarosławską-Sapiehę jest atakiem o podłożu czysto politycznym. Dezinformacja jest rosyjską bronią strategiczną. Skuteczną, aby eliminować z polskiego życia publicznego tych, którzy nie będą sprzyjać kremlowskiej polityce.
Jak możemy przeczytać na stronie RCB: „Przede wszystkim dezinformacja (rosyjska) jest traktowana jako broń w konfrontacji informacyjnej z Zachodem oraz narzędzie wpływu, indoktrynacji i destabilizacji społeczeństw przeciwnika. Oznacza proces ciągły, polegający na systemowej zintegrowanej aktywności państwa na wielu frontach, prowadzonej różnymi kanałami (dyplomatycznymi, politycznymi, ekonomicznymi, militarnymi, społecznymi, medialnymi), zgodnie z celami i zasadami planowania strategicznego.”
Dlaczego te dziewczyny pojawiły się na portalu u Tomasza Piątka? Który to zasłynął z opublikowania kontrowersyjnych książek na temat Marcinkiewicza i Morawieckiego?
Tak jak wszyscy wiemy i Macierewicz i Morawiecki i większość polityków mają sobie coś do zarzucenia.
I choć Piątek publikuje na swoim portalu skrajne przypadłości współpracy polityków prawicy z rosyjskim wywiadem, to sam zaprasza do redagowania na swoim profilu osoby, które całe życie żyły za pieniądze pochodzące z wątpliwych fundacji, a już na pewno organizacji godzące od lat w dobre imię Polski.
Katarzyna Chimiak (ur. w 1985), jedna z autorek artykułu, w swoim oficjalnym CV, dostępnym po wspisaniu jej nazwiska w wyszukiwarkę, opisuje swoją pracę dla szeregu fundacji i organizacji związanych z szeroko rozumianym wschodnim dialogiem.
Jak wszyscy wiemy, z paroma tymi organizacjami współpracował Mateusz Piskorski - ba - nawet otrzymywał od organizacji solidne dawki funduszy na działalność antypolską, m.in. antypolskie, antynatowskie manifestacje i prowokacje.
Mateusz Piskorski spędził trzy lata w więzieniu podejrzany o szpiegostwo na rzecz Rosji. To on właśnie organizował antypolskie i antynatowskie wiece na Krakowskim Przedmieściu.
Organizował również spotkania w Sejmie RP oraz na jednej z uczelni, z którą współpracują obie prorosyjskie dziennikarski - Chimiak i Siegień.
Pan Tomasz Piątek zapewne ze wszystkich sił swoich chce utrzymać swój portal. Panie Piątek czy naprawdę warto za wszelką cenę? Wróćmy do tekstu stworzonego przez wyżej wymienione Panie:
Czy Trójmorze służy putinowskiej Rosji? Czy Premier Eugeniusz Kwiatkowski i Józef Piłsudski służyli putinowskiej Rosji?
Taki właśnie obraz szerzą niedokształcone i prorosyjskie dziennikarki, utrzymywane ze wschodnich środków, tak jak prorosyjska partia polityczna Mateusza Piskorskiego „ZMIANA”.
Jak dowiedzieliśmy się prorosyjskie dziennikarki Katarzyna Chimiak i Paulina Siegień są w kręgu zainteresowań nie tylko polskich służb tak jak Mateusz Piskorski więc coś jest na rzeczy.
Kiedyś, taka dezinformacja i szkodzenie polskiej racji stanu były karalne. A dziś?
Kiedy te rzekome dziennikarki sięgnęły do dokumentów i opisów programu POLSKA 3.0 , albo chociaż obejrzały nagranie prezentacji Programu POLSKA 3.0 w oficjalnej części Szczytu Trójmorza w Bukareszcie, dowiedziałby się, że właśnie ten program i działania ekspertów tej organizacji lobbowały za powstaniem Inicjatywy Trójmorza, łączącej Bałtyk - Adriatyk i Morze Czarne.
To program POLSKA 3.0 doprowadził do zatrzymania podpisania niekorzystnej dyrektywy wodnej, która ograniczałaby pracę nad gospodarką wodną, żeglugą śródlądową i która dawała tym samym wielki biznes portom niemieckim. To Angelika Jarosławska Sapieha podnosiła wielokroć temat „utylizacji broni chemicznej na dnie Bałtyku” oraz „odpadów niebezpiecznych”, zwanych „broniami ekologicznymi”, To ona alarmowała o wyrzucaniu na pola uprawne setek tysięcy ton odpadów z oczyszczalni ścieków.
Wreszcie to program POLSKA 3.0 informował w nieprawidłowościach dotyczących programu NATURA 2000, czy działalności rzekomych fundacją ekologicznych.
Czy Katarzyna Chimiak i Paulina Siegień o tym wiedziały? Pewnie tak, bo to literatura szeroko dostępna zwłaszcza na stronie programu POLSKA 3.0.
Fragment cytowanego artykułu
„– Angelika Jarosławska pojechała na Krym okupowany przez Rosję; – najprawdopodobniej przybyła tam z Moskwy łamiąc ukraińskie prawo; – na Krymie wypowiadała się publicznie za wolnym handlem z putinowską Rosją; – obecnie podróżuje po całym świecie jako “księżna”; – robi sobie „zdjęcia pamiątkowe” z politykami, które wykorzystuje w działalności biznesowej (pokazuje je jako dowód swoich wpływów); – zapowiada realizację wielkich, strategicznych projektów (linie kolejowe, kanały, nowa międzynarodowa waluta); – sugeruje, że przeprowadzi te projekty przy poparciu państwa polskiego; – chwali się poparciem afrykańskiego kardynała, który wspiera prorosyjski reżim w Gwinei;”
Komentarz: Pochodząca z Biłgoraja na wschodzie Polski, Angelika Jarosławska Sapieha pojechała na Krym okupowany przez Rosję w jednym celu. Od lat współpracuje z Ukrainą, zresztą jest na trwale rodzinnie związana z Ukrainą, a członkowie jej rodziny są pochowani na cmentarzu Orląt Lwowskich. Kilka lat temu, przez zespół Jarosławskiej-Sapiehy powołana została siostrzana organizacja na Ukrainie w Kijowie pod patronatem ukraińskiego rządu - UKRAINA 3.0, która zapoczątkowała dużą współpracę między Polską a Ukrainą w dziedzinie startupów, klastrów i innych wspólnych projektów. Przemówienie Jarosławskiej-Sapiehy z Kijowa: http://polska30.pl/przemowieni...
Jak wymowny jest ten artykuł, który ma na celu poniżyć i umniejszyć społeczną pracę Angeliki Jarosławskiej Sapiehy.
Pytanie czy to zawiść? Czy wymierzony przez prorosyjskich narratorów atak wymierzony nie tylko w Angelikę Jarosławską, ale w Naród Polski?
Próba wykluczenia osoby niebezpiecznej politycznie?
Angelika Jarosławska Sapieha, która jest przedsiębiorcą, od lat podróżuje po świecie za swoje pieniądze. Nie wyczekane z rzekomych fundacji, nie otrzymane od żadnego rządu. Może to też boleć, zwłaszcza kiedy patrzy się z poziomu fundacji Sorosa czy fundacji Batorego...
Fragment cytowanego artykułu „Jeszcze w 2014 r. Angelika Jarosławska pracowała jako pogodynka w TVP Kraków. Ale już w październiku 2018 r. pojawiła się na okładce polskiego edycji biznesowego magazynu „Forbes”. Znalazła się bowiem w rankingu „30 przed 30”, czyli na liście najbardziej perspektywicznych polskich businesswoman młodego pokolenia. Forbes nazwał ją „przedsiębiorczą patriotką”, albowiem Jarosławska angażowała się wtedy w promocję filmu „Dywizjon 303”. Jako jej główne osiągnięcie wymieniano jednak stanowisko wiceprezeski Ogólnopolskiego Klastra Innowacyjnych Przedsiębiorstw, który skupia ok. 3,7 tys. firm. Miała też koordynować program Polska 3.0. Wiosną 2019 r. Angelika Jarosławska wyszła za mąż za Egona Sapiehę, urodzonego w Brazylii potomka książęcego rodu i biznesmena. W marcu 2019 r. TVP Wrocław wyemitowało krótki reportaż o wizycie rodziny Sapiehów na zamku w Książu. Nazwisko Jarosławskiej w nim nie pada. Można ją jednak zobaczyć, jak spaceruje w długiej sukni po zamkowych salach. Po ślubie zaczęła używać nazwiska męża jako drugiego członu i wykorzystywać wizerunek „księżnej”. Jako taka objęła patronatem oddział pediatryczny szpitala w Rydułtowach na Śląsku. Mimo, że w Polsce nie obowiązują tytuły szlacheckie, tablica na fasadzie budynku głosi, że patronką jest księżna Angelika Jarosławska-Sapieha. Niedawno w Kijowie Jarosławska mówiła, że jej wzorem do naśladowania jest księżna Diana.”
Dlaczego Katarzyna Chimiak i Paulina Siegień tak uczepiły się Angeliki Jarosławskiej Sapiehy? Czy będąc na studiach nie szukały swojej drogi rozwoju? Czy tylko rodzice finansowali studia tych pań, a może od razu znalazł się cudowny wybawiciel i zafundował stypendialną pomoc? Właśnie tak szuka się osób, które potem służalczo pracują dla służb innych państw i są „na pasku”.
Dotykamy kolejnego elementu, związanego niestety często z naszą rodzimą przypadłością – nie cieszymy się z cudzych sukcesów.
Dwie Panie, które napisały paszkwil o Jarosławskiej-Sapieha mogły by być jej koleżankami ze studiów. Gdyby również dostały się na ekonomię stosowaną na Uniwersytecie Jagiellońskim, jak Jarosławska-Sapieha. Zamiast tego, wybrały zawiść.
Magazyn Forbes to elitarna międzynarodowa gazeta. Projekt, w którym brała udział Angelika Jarosławska Sapieha był szczególny i nikt nie jest w stanie kupić rankingu „30 przed 30”. Często w światowych edycjach pojawiają się osoby, które zrobiły karierę od zera. Chwalą się, że ciężko pracowali w McDonaldzie, zanim udało im się stworzyć ważną inicjatywę.
Warto zapytać obie Panie, jak mogą wykrzywiać rzeczywistość, nazywając siebie „dziennikarkami”. Angelika Jarosławska Sapieha nie dostała się na okładkę Forbesa, bo angażowała się w promocję filmu „Dywizjon 303”. I niestety również kłamstwem jest to, iż jej główne osiągnięcie to stanowisko wiceprezes Ogólnopolskiego Klastra Innowacyjnych Przedsiębiorstw
Program Polska 3.0 to nie projekt widmo, jak piszą prorosyjskie dziennikarki Katarzyna Chimiak i Paulina Siegień.
POLSKA 3.0 został zaatakowany przez opłaconych przez PiS dziennikarzy, m.in. opisanego przez Sumlińskiego „Redaktora” w książce” OFICER” - Jacka Łęskiego.
Jacek Łęski to były współpracownik i kapuś Urzędy Ochrony Państwa i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, opisany także przez rzetelnych dziennikarzy https://gf24.pl/wydarzenia/kra...
Miłej i uważnej lektury.
submitted by BlackDevil13 to u/BlackDevil13 [link] [comments]


2019.07.25 08:39 TeapotHoe nie słuchajcie polityków, jestem też człowiekiem.

wychodzę z tego forum przez kilka tygodni bo polska polityka to same śmieci. jestem młodą dziewczyną, która lubi dziewczyny, i ciągle widzę jak się ludzie kłócą o nienawiści do mnie i ludzi jak ja. widzę to o strefie wolnej od lgbt, o młodych ludzi pobitych w ulicy, o politykach którzy udają że my, którzy tylko żyjemy i nic złego nie robimy, stworzymy apokalipsę. to mi naprawdę łamie serce jak kraj mojej ojczyzny mnie tak nienawidzi. zobaczę was za jakiś czas, polska. dzięki za memy i śmiechy, mam nadzieje że lepiej będzie. EDIT: żeby trochę wyjaśnić, nie chodzi o was. ten subreddit ma dużo ludzi normalnych bez takiej nienawiści, ale chodzi o wiadomości, co jest w gazetach i wydarzenia w polsce. wy jesteście wszyscy fajni, ale już za dużo tych artykułów. razem z tym, mieszkam z kimś kto nie wie że lubię dziewczyny i jest tak na stronie prawicy, ciągle słyszę z jej radia lub komputera propagandę anti-lgbt. tylko chce przerwę od widzenia tych wydarzeń na moim newsfeed.
submitted by TeapotHoe to Polska [link] [comments]


2018.12.30 00:42 schizoafekt Słownik psychoprawicy: "H jak homokomando"

Pierwszy raz o homokomandach przeczytałem w 2007 roku w komentarzu na jakimś portalu typu WP, Onet, czy czymś takim. Sztab lewaków w Berlinie rzekomo miał wyszukiwać komentarze na polskich portalach i siać pod nimi homopropagandę. Nie uwierzyłem. Wrzesień 2007 rok. Zamknięte forum Schizofrenia.info założyłem konto specjalnie by zadać pytanie "czy istnieją urojenia, co do których chory jest świadomy, że są urojeniami" tyle mógł zobaczyć niezalogowany uczestnik. Zalogowany mógł przeczytać dokładniejszy opis przypadku, mężczyzna w trakcie rozwoju choroby stwierdził, że jest gejem, ale jednocześnie wie, że nim nie jest. Parę odpowiedzi merytorycznych, trochę homofobicznych ataków w stronę OPa i wtedy pojawia się on. Użytkownik, który stworzył konto specjalnie w celu napisania "Jesteś homofobem i dlatego nie podoba ci się perspektywa bycia gejem. Homofobia to choroba psychiczna". O jak pięknie i merytorycznie - męczy cię coś, czego jeszcze nie potrafisz gatunkowo nazwać (a będzie nazwane przez lekarza ambitendencją jako podstawa błędnej diagnozy spier###li ci życie), a dowiadujesz się, że nienawidzisz gejów. To nie koniec, bo inny użytkownik stwierdza, że homoseksualizm to choroba. Na to odpowiada lesbijka, że homofobia to choroba, ona jest chora bo ma urojenia prześladowcze. Ktoś wrażliwy pochyliłby się, czy antyhomoseksualna propaganda tamtych czasów (ten gorszy kaczyński - bo jaro uchodził za bardziej gayfriendly od brata - wygłosił to popaprane orędzie o zagrożeniu dla cywilizacji ze strony gejów), nie miała wpływu na rozwój lęków u tej dziewczyny, że ktoś chce ją skrzywdzić. Nie lewak z homokomanda - bo oto pojawił się drugi nowy użytkownik po to, by napisać, że chorzy psychicznie nie zasługują na tolerancję, bo jeden chory napisał, że homoseksualizm to choroba. Jestem na polska, więc upośledzonym lewakom wyjaśnię co się odje#ało: lewak broniąc rzekomo homoseksualistów stwierdził, że lesbijka nie zasługuje na żadną tolerancję, bo ktoś ją obraził za to, że jest lesbijką. Piękne prawda? Ja już porzuciłem nadzieję, że uda mi się poznać nazwę objawu, który mnie niepokoi, więc tylko drążyłem temat tolerancji, więc pierwszy przedstawiciel homokomanda widząc co się właśnie stało (m.in. że skrzywdzili już i tak skrzywdzoną przez chorobę dziewczynę) przyznał że nie jestem homofobem i mam prawo obawiać się i czuć źle z powodu moich objawów. Więcej tematu tego niby homoseksualnego czegoś nie poruszyłem do 2010 (wtedy to już bardziej przypominało zwykłe lekkie skłonności, więc przestałem się tym przejmować bardziej niż zaburzeniami tożsamości płciowej, ot były bo były, tylko że te drugie pojawiły się "naturalnie" i stopniowo narastały, podejrzenia o homoseksualizm pojawiły się nagle w jednym momencie razem z resztą syfu). Ok, raz jeszcze poruszyłem wątek na forum dotyczącym depresji. Facet miał problem. Poważna depresja, ale i kochana i kochająca dziewczyna i pojawiły się sny erotyczne z kolegą. Co robić? Powiedzieć jej i rozstać się? Nim napisałem mu, że nic, że mam tak samo, że przecież nic złego dziewczynie którą kocha nie zrobił, a jak ją kocha to ją kocha i ch##j mają do tego sny - pojawiło się homokomando w ilości trzech osób, przekonujących go że jest gejem, musi to zaakceptować, że krzywdzi swoją dziewczynę i siebie. Uspokoiłem go, żeby ich nie słuchał i chłop odczuł prawdziwą ulgę.
A jak to wygląda dzisiaj? Lesbijka dostaje rolę lesbijki w amerykańskim serialu. Banda popieprzonych lewaków postanawia ją zniszczyć, bo jest za mało homoseksualna cokolwiek to oznacza. Ja krytykuję tę postawęna polska i też lewacy wylewają na mnie wiadro pomyj dokładnie za obronę lesbijki przed atakami z powodu jej orientancji. A potem wsiadam w kajak i chillując czytam żale homoseksualnej koleżanki, że jej powieść jest według jakiejś lewackiej recenzentki "gównem niegodnym lesbijki, skierowanym w stronę śliniących się podstarzałych samców". Odpisałem jej tylko "p##l lewacką zdzirę". Przyznała mi rację :) Śmieszne jest to, że pomimo iż w życiu gorzej oberwało mi się od prawaków to jednak lewakami bardziej gardzę - dokładnie z powodu ich realnej homofobii :*
submitted by schizoafekt to Polska [link] [comments]


2018.12.05 20:22 Gazetawarszawska NIE-BOSKA KOMEDIA


NIE-BOSKA KOMEDIA
– STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE –
ZYGMUNT KRASIŃSKI
NIE-BOSKA KOMEDIA: Oświęcim 27 stycznia 2014
Szałas – lamp kilka – księga rozwarta na stole – Przechrzty. https://www.gazetawarszawska.com/index.php/historia/2588-nie-boska-komedia

PRZECHRZTA Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna.
CHÓR PRZECHRZTÓW Jehowa pan nasz, a nikt inny. – On nas porozrzucał wszędzie, On nami, gdyby splotami niezmiernej gadziny, oplótł świat czcicielów Krzyża, panów naszych, dumnych, głupich, niepiśmiennych . – Po trzykroć pluńmy na zgubę im – po trzykroć przeklęstwo im.
PRZECHRZTA Cieszmy się, bracia moi. – Krzyż, wróg nasz, podcięty, Zbutwiały, stoi dziś nad kałużą krwi, a jak raz się powali, nie powstanie więcej. – Dotąd pany go bronią.
CHÓR Dopełnia się praca wieków, praca nasza markotna, bolesna; zawzięta. – Śmierć panom – po trzykroć pluńmy na zgubę im – po trzykroć przeklęstwo im!
PRZECHRZTA Na wolności bez ładu, na rzezi bez końca, na zatargach i złościach, na ich głupstwie i dumie osadzim potęgę Izraela- tylko tych panów kilku – tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża. –
CHÓR Krzyż znamię święte nasze – woda chrztu połączyła nas z ludźmi – uwierzyli pogardzający miłości pogardzonych. – Wolność ludzi prawo nasze – dobro ludu cel nasz – uwierzyli synowie chrześcijan w synów Kaifasza . – Przed wiekami wroga umęczyli ojcowie nasi – my go na nowo dziś umęczym i nie zmartwychwstanie więcej. –
PRZECHRZTA Chwil kilka jeszcze, jadu żmii kropel kilka jeszcze – a świat nasz, nasz, o bracia moi! –
CHÓR Jehowa Pan Izraela, a nikt inny. – Po trzykroć pluńmy na zgubę ludom – po trzykroć przeklęstwo im! –
Słychać stukanie.
PRZECHRZTA Do roboty waszej – a ty, święta księgo, precz stąd, by wzrok przeklętego nie zbrudził kart twoich. – Talmud chowa. Kto tam?
GŁOS ZZA DRZWI Swój! – W imieniu Wolności, otwieraj! –
PRZECHRZTA Bracia do młotów i powrozów! Otwiera.
LEONARD wchodząc Dobrze, obywatele, że czuwacie i ostrzycie puginały na jutro. Do jednego z nich przystępuje. A ty co robisz w tym kącie?
JEDEN Z PRZECHRZTÓW Stryczki, obywatelu.
LEONARD Masz rozum, bracie – kto od żelaza nie padnie w boju, ten na gałęzi skona. –
PRZECHRZTA Miły obywatelu Leonardzie, czy sprawa pewna na jutro? –
LEONARD Ten, który myśli i czuje najpotężniej z nas wszystkich, wzywa cię na rozmowę przeze mnie. – On ci sam na to pytanie odpowie.
PRZECHRZTA Idę – a wy nie ustawajcie w pracy – Jankielu, pilnuj ich dobrze. Wychodzi z Leonardem.
CHÓR PRZECHRZTÓW Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę ím – oni panów zabiją po błoniach – rozwieszą po ogrodach i borach – a my ich potem zabijem, powiesim. – Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. – Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im! –
+++
Namiot – porozrzucane butelki, kielichy.
PANKRACY
…………………………………. …………………..

NIE BOSKA KOMEDIA

– STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE –

ZYGMUNT KRASIŃSKI

Motto:
  1. Bezimienny „Do błędów, nagromadzonych przez przodków, dodali to, czego nie znali ich przodkowie – wahanie się i bojaźń; i stało się zatem, że zniknęli z powierzchni ziemi i wielkie milczenie jest po nich”
  2. Hamlet (szekspirowski bohater) „To be or not to be that is the question” (tł. “Być albo nie być, oto jest pytanie”)
Dedykacja: „Poświęcone Marii”
(Zapewne chodzi o Joannę Bobrową, nazywaną przez Krasińskiego Marią, którą poznał w Rzymie w 1834 roku).
Część pierwsza:
a) część epicka – rozbudowana apostrofa do Poety lub Poezji:
Poeta zwraca się bezpośrednio do Poezji, ironizując na jej temat i mówiąc z niemałym przekąsem o wszystkich jej „dobrodziejstwach”. Do Poezji należy bowiem wszystko na świecie, każde zjawisko może stać się również Jej udziałem, jeżeli tylko Ta obierze je sobie za swój punkt zainteresowania. Przemawia do Niej: „Chwale twojej niby nic nie zrówna”. Jednocześnie zwraca uwagę na pewien znaczny dysonans pomiędzy tym, o czym każdy artysta pisze w danej chwili (a więc mogą to być myśli zupełnie ulotne, w konkretnym momencie nawet mało znaczące) a tym, co czuje i myśli przez cały czas, wewnątrz siebie. Poeta zarzuca Poezji, że niesie piękno, lecz sama ową pięknością nie jest; głosi o istnieniu światła, a sama jego nigdy nie widziała. Porównuje Ją do niewiasty, która na zawsze naznaczona jest swoją ziemskością, lecz chwilami przybiera postać anioła – jest to jednak postać fałszywa, bo aniołem tak naprawdę nigdy nie będzie. Na końcu poeta wyraża pochwałę stanu, w którym Poezja autentycznie napełnia serce człowieka i prowadzi go ku dobremu, mieszka w nim jak Bóg (nikt Go nie widział ani nie słyszał, lecz ci, którzy wierzą w Jego istnienie, oddają Mu cześć i hołd). Potępia natomiast fakt, iż wielu twórców pisze tylko po to, by dostarczać sobie i innym ludziom przyjemności z tego tytułu, a nie podejmuje się wszczepienia w swą poezję żadnej szlachetnej idei prowadzącej do „podniesienia życia”.
b) część dramatyczna – akcja właściwa, dialogi:
Nad światem przelatuje Anioł Stróż, który błogosławi wszystkim tym, którym pozostało jeszcze serce, bo tylko tacy zostaną zbawieni (wg J. Kleinera Krasiński „umyślnie może w początkowej wypowiedzi dramatu nacisk położył na wyraz ‘serce’, bo ‘Nie-Boska komedia’ będzie poematem o braku serca”). Nad pewnym domem wypowiada rozkazanie, jakoby obok mężczyzny w nim mieszkającego miała pojawić się „dobra i skromna” żona oraz dziecko.
Pojawia się Chór Złych Duchów, którzy nakazuje widmom nawiedzić ten sam dom – przewodniczyć ma im cień nałożnicy ubranej w kwiaty i przypominającą dziewicę – natchnienie każdego poety oraz starego orła zdjętego z palu – pod postacią sławy. Złe Duchy mają zamiar zesłać na poetę wszystkie najgorsze pokusy.
Wewnątrz kościoła odbywa się ślub, a ponad nim „kołysze się” Anioł Stróż, który przepowiada, iż w przypadku, gdy Mąż dochowa przysięgi małżeńskiej, wówczas zostanie zbawiony, on sam po ceremonii zaślub mówi do żony: „przeklęstwo mojej głowie, jeśli ją kiedy kochać przestanę” (wg Kleinera romantycy motyw ciążącej nad człowiekiem klątwy czerpali z idei fatum w starożytności). Potem akcja przenosi do komnaty pełnej osób, w której to odbywa się przyjęcie – małżonkowie zapewniają siebie nawzajem o wielkim uczuciu.
W nocy Zły Duch pod postacią dziewicy (której to „czarty każą świętą udawać”) przechadza się po ogrodzie, po cmentarzu i zachodzi do sypialni nowożeńców, przenika przez umysł śpiącego Męża i pojawia się w jego śnie. Ten, zbudzony, spogląda na swą żonę i szybko przekonuje się, że popełnił błąd, biorąc z nią ślub; że jest tylko dobra, zaś „tamta” była wszystkim, co kochał i o czym marzył. Kiedy spostrzega, że to nie był tylko sen i ową niewiastę widzi również na jawie, wyrzuca sobie, że wyrzekł się „kochanki lat młodych”, „duszy swej duszy” (Poezji), a pojął za żonę inną kobietę, której nie miłuje wcale. Żona jego budzi się i pyta, co się wydarzyło, na co mężczyzna odpowiada jej, iż musi zaczerpnąć świeżego powietrza, ale sam, bez niej.
Mąż przechadza się po ogrodzie i cieszy się tym, że znów ma przy sobie swoją lubą. Prosi, by ta zabrała go ze sobą, gdziekolwiek przebywa. Dziewica pyta mu się, czy na pewno pójdzie za nią wszędzie i o każdej porze. Otrzymuje potwierdzenie. Po chwili słychać nawoływanie Żony, aby jej ślubny powrócił do domu, albowiem na dworze jest zimno.
Mija jakiś czas. Małżonkowie rozmawiają. Żona wyrzuca Mężowi, że od miesiąca się do niej nie odzywa; mówi, iż poszła do spowiedzi, lecz nie była sobie w stanie przypomnieć żadnych rażących grzechów, na co Mąż odpowiada jej dwuznacznie: „Czuję, że powinienem cię kochać”. Ona nie rozumie tych słów, woli, żeby powiedział jej, że nie kocha jej wcale i ją zostawił, aniżeli okazywał obojętność. Prosi jedynie o miłość dla ich dziecka, aby jej ją obiecał. Mąż obiecuje miłość i dziecku, i jej samej. W tym czasie pojawia się znów duch Dziewicy, która wzywa Męża. Żona od razu wyczuwa od niej „siarkę i zaduch grobowy”, ale Mąż nie dość, że tego nie słucha, to na dodatek odchodzi za swoją kochanką. Postanawia opuścić swój dom i rodzinę całą. Żona woła za nim: „Henryku! Henryku!”, po czym upada na ziemię z dzieckiem, mdlejąc.
Odbywa się chrzest dziecka. Goście zastanawiają się, gdzie jest jego ojciec. Żona podchodzi do małego Orcia i błogosławi mu, aby stał się poetą, gdyż tylko dzięki temu ojciec go w przyszłości nie porzuci i nie wyrzeknie się go; wówczas również wybaczy jej samej to, że ona sama nie była i nie będzie nigdy przesiąknięta poezją.
Mąż podąża za Głosem Dziewicy, mija „góry i przepaście ponad morzem”. Po drugiej stronie przepaści stoi owa Dziewica, która nakazuje mu uwiązać się jej dłoni i wzlecieć. W tym też momencie czar pryska i przed Mężem pojawia się obskurna postać nałożnicy – taka, jaką ją widziała Żona (kwiaty odpadły na ziemię i zaczęły czołgać się jak żmije; wiatr zdarł piękną suknię; „deszcz kapie z włosów”, „kości nagie wyzierają z łona”, „błyskawica źrenice wyżarła”). Chór Duchów Złych pozwala wrócić niewieście do piekła po tym, jak uwiodła „serce wielkie i dumne”. Wtedy dopiero Mąż zwraca się do Boga; pyta się Go, czy zostanie potępiony za swą naiwność i srogie czyny, jakich się dopuścił. Złe Duchy urządzają sobie igraszkę z jego losu, wobec czego Mąż chce się rzucić w przepaść. Pojawia się jednak Anioł Stróż, który nakazuje mu wracać do domu i więcej nie grzeszyć.
Kiedy Mąż wraca do domu, nie zastaje swej żony Marii. Od służącego dowiaduje się, iż trafiła ona do domu wariatów. Postanawia ją w nim odwiedzić. Tam dowiaduje się od Żony Doktora, że stan chorej jest bardzo poważny. Podczas rozmowy z Marią Henryk przekonuje się, że postradała ona wszystkie zmysły, albowiem ta wmawia mu, iż wielokrotnie prosiła Boga o to, by zamienił ją w poetkę, aż w końcu wysłuchał jej próśb, więc odtąd Mąż nie musi nią pogardzać. Ponadto mówi, że i Orcio zostanie poetą, ponieważ przy chrzcie dodała przekleństwo nad jego imieniem, że jeśli nim nie będzie, to odda go na stracenie. Odzywają się głosy szaleńców: spod posadzki, z lewej strony, z prawej ściany, z sufitu, które wyrażają własne wizje końca świata (w stylu Apokalipsy św. Jana – np. „słońce trzecią część blasku straciło – gwiazdy zaczynają się po drogach swoich – niestety”). Taką wizję roztacza również Żona: nadejdzie czas, kiedy wszyscy zaczną jednakowo konać, a Chrystus już wówczas nie pomoże, gdyż krzyż swój rzuci w otchłań; jedyną nadzieją dla ludu jest modląca się Matka Boża. Na końcu Żona umiera z wyczerpania.
Część druga:
a) część epicka – apostrofa do Orcia, dziecka Marii i Henryka:
Poeta zadaje pytania retoryczne młodemu dziecięciu, które swoim zachowaniem nie przypomina swych rówieśników – nie bawi się, tylko wciąż pozostaje smutne, marzące i bujające w obłokach: „wzrastasz i piękniejesz – nie ową świeżością dzieciństwa mleczną i poziomkową, ale pięknością dziwnych, niepojętych myśli, które chyba z innego świata płyną ku tobie”.
b) dramat właściwy:
Mąż wraz z Orciem modlą się przy grobie Marii (wątek autobiograficzny: Krasiński również chadzał ze swym ojcem na grób matki). Orcio wypowiada słowa modlitwy „Zdrowaś Mario” – lecz nie w ten sposób, jaki nakazuje wyuczona formułka – chłopiec sam wymyśla do niej słowa. Mąż gani go za to. Orcio odpowiada, że w śnie często widuje matkę, która przepowiada mu, że zbiera dla niego „myśli i natchnienie”, żeby upodobnił się do ojca. Mąż pyta się Marii, dlaczego nęka ich syna z zaświatów. Mówi, że od dziesięciu lat (a więc tyle czasu minęło od śmierci Marii) nie może zaznać chwili spokoju.
Mąż spaceruje z Filozofem. Rozmawiają na temat wyzwolenia kobiet i Murzynów, o tym, że właśnie nadchodzi czas owego wyzwolenia. Filozof jest przedstawicielem stronnictwa ludzi wierzących w postęp i „odrodzenie ludzkości”, lecz tylko na drodze rewolucji okupionej krwią. Mąż pyta się, czy jego towarzysz widzi drzewo spróchniałe na drodze – świadczy to o jego niewierze w żadne dobro, Mąż nie wierzy już bowiem w nic, wszystko zdaje się mu bezużyteczne i bezsensowne. Nawet jego własne życie.
Mąż znajduje się w wąwozie pomiędzy górami, jest sam. Wygłasza monolog, w którym przyznaje się przed sobą, że nie ma w nim już żadnej wiary, miłości, a jedynie strach o obłąkanie i nieuchronną całkowitą ślepotę Orcia. Otaczają go: Głos Anioła Stróża oraz Mefisto, pojawia się również Orzeł i żmija.
W pokoju znajduje się Mąż, Lekarz oraz 14-letni już Orcio. Lekarz zapowiada, że dziecko ma postępującą ślepotę, aż w końcu jego oczy przestaną już widzieć całkowicie (wątek autobiograficzny: Krasiński także miał z nimi problemy). Mąż pyta wielokrotnie Lekarza, czy nie da się nic zrobić w tej sprawie, że odda pół swego majątku, byle uzdrowić chłopaka. Medyk odpowiada, iż jest to zaćma i nie da się jej uleczyć. Mąż pyta więc Orcia, czy ten jeszcze cokolwiek widzi. 14-latek mówi, że teraz widzi już oczami duszy i słyszy głosy – to mu wystarcza. Tymczasem Głos Skądsiś mówi do Męża: „Twój syn poetą – czegóż żądasz więcej?”.
Którejś nocy Mąż przybiega do Lekarza i z przerażeniem informuje go, że od kilku dni Orcio budzi się o północy i mówi przez sen. Tej nocy chłopak rozmawia ze swoją matką oraz rzecze: „jam się urodził synem światła i pieśni”. Orcio budzi się i w ogóle nie jest w stanie sobie przypomnieć, co się z nim przed chwilą działo, ale że tak, jak jest, to jest dobrze, po czym zasypia na nowo.
Po tym wydarzeniu Mąż wygłasza mowę, skierowaną do pogrążonego już w głębokim śnie syna: „Niech moje błogosławieństwo spoczywa na tobie – nic ci więcej dać nie mogę, ni szczęściá, ni światła, ni sławy – a dobija godzina, w której będę musiał walczyć, działać z kilkoma ludźmi przeciwko wielu ludziom. Gdzie się ty podziejesz, sam jeden i wśród stu przepaści, ślepy, bezsilny, dziecię i poeto zarazem, biedny śpiewaku bez słuchaczy, żyjący duszą za obrębami ziemi, a ciałem przykuty do ziemi – o ty nieszczęśliwy, najnieszczęśliwszy z aniołów, o ty mój synu!”.
Część trzecia:
a) część epicka – apostrofa do Męża:
„Ktokolwiek jesteś, powiedz mi, w co wierzysz – łatwiej byś życia się pozbył, niż wiarę jaką wynalazł, wzbudził wiarę w sobie. Wstydźcie się, wstydźcie wszyscy mali i wielcy – a mimo was mimo żeście mierni i nędzni, bez serca i mózgu, świat dąży ku swoim celom, rwie za sobą, pędzi przed się, bawi się z wami, przerzuca, odrzuca – walcem świat się toczy, pary znikają i powstają, wnet zapadają, bo ślisko – bo krwi dużo – krew wszędzie – krwi dużo, powiadam wam”.
Poeta pyta anonimowego odbiorcę, czy widzi tłumy zalegające pod bramami miasta, które zbierają się w grupki, rozmawiają o czymś tajemniczym, rozbijają namioty, żyją jak jedna wielka wspólnota: „Kubek lata z rąk do rąk – a gdzie ust się dotknie, tam głos się wydobędzie, groźba, przysięga lub przeklęstwo – On lata, zawraca, krąży, tańcuje, zawsze pełny, brzęcząc, błyszcząc, wśród tysiąców. – Niechaj żyje kielich pijaństwa i pociechy!”.
Poeta pyta tego samego odbiorcę (a może wielu? – „czy widzicie…?”) o to, czy dostrzega, jak ludzie ci z wielką niecierpliwością czegoś wyczekują, pragną wzniecić jakiś hałas, zamieszki, szepczą coś sobie wzajemnie, „wszyscy nędzni, ze znojem na czole, z rozczuchranymi włosy, w łachmanach, z spiekłymi twarzami, z dłoniami pomarszczonymi od trudu – ci trzymają kosy, owi potrząsają młotami, heblami – patrz – ten wysoki trzyma topór spuszczony – a tamten stemplem żelaznym nad głową powija; dalej w bok pod wierzbą chłopię małe wisznię do ust kładzie, a długie szydło w prawej ręce ściska”. Wszyscy są głodni i biedni, noszą obdarte ubrania i na czole mają wyrytą chęć zemsty.
Nagle między tłumem tym zapanowuje jakiś „szum wielki”, pyta więc poeta o to, czy „to radość czy rozpacz?”, zadaje pytania retoryczne o to, jakie intencje drzemią w tychże ludziach. Spośród nich wychodzi bowiem jeden, staje na krześle i przemawia do wszystkich zebranych wokół niego: „Głos jego przeciągły, ostry, wyraźny – każde słowo rozeznasz, zrozumiesz- ruchy jego powolne, łatwe, wtórują słowom, jak muzyka pieśni – czoło wysokie, przestronne, włosa jednego na czaszce nie masz, wszystkie wypadły, strącone myślami – skóra przyschła do czaszki, do liców, żółtawo się wcina pomiędzy koście i muszkuły – a od skroni broda czarna wieńcem twarz opasuje – nigdy krwi, nigdy zmiennej barwy na licach – oczy niewzruszone, wlepione w słuchaczy – chwili jednej zwątpienia, pomieszania nie dojrzeć; a kiedy ramię wzniesie, wyciągnie. wytęży ponad nimi, schylają głowy, zda się, że wnet uklękną przed tym błogosławieństwem wielkiego rozumu – nie serca – precz z sercem, z przesądami, a niech żyje słowo pociechy i mordu!”.
Wódz ten przyrzeka zebranym, że zapewni im „chleb i zarobek”. Owym władcą tych dusz jest Pankracy. Ludzie krzyczą wokoło: „chleba nam, chleba, chleba!”, „Śmierć panom, śmierć kupcom – chleba; chleba!”, a także: „Niech żyje Pankracy!”.
b) część dramatyczna – akcja właściwa, dialogi:
Przechrzta siedzi w swoim szałasie (mianem tym pogardliwie zostają określeni Żydzi, którzy dopatrując się rozmaitych korzyści osobistych, zmienili swoją wiarę na chrześcijańską). Na jego stole leży księga. Mówi: „Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna”. Chór Przechrztów odpowiada mu, iż jedynym ich Panem jest Jehowa, że nie ma dla nich innego Boga. Przechrzta zapewnia, że wspólnie pomścić i zniszczyć muszą krzyż, który patronuje chrześcijańskim panom arystokratom. Chór przepowiada im rychłą śmierć – za wszystkie dawne upokorzenia i konflikty, „po trzykroć przekleństwo im!”. Ich miny sugerują bardzo złowrogie nastawienie, są jakoby samoistną zapowiedzią przyszłego rozwoju najgorszych wypadków.
Przechrzta zapewnia, że w miejscu tym, gdzie obecnie panuje ogromne bezprawie, gdzie panowie bez skrupułów wykorzystują swych podwładnych, gdzie szerzy się „rzeź bez końca”, „wolność bez ładu”, dochodzi do zatargów oraz złości – że właśnie tutaj zostanie osadzona nowa potęga Izraela, nowe państwo narodu wybranego. Aby tego dokonać, należy bowiem wpierw „tylko tych panów kilku – tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża”. Nakazuje po trzykroć splunąć na ziemię Chórowi, aby móc dokonać aktu zemsty, by ta w pełni się wykonała. Nakazuje więc chwilowo schować świętą księgę, ażeby nie była ona niemym świadkiem wypowiadania tych jakże znaczących słów.
Do szałasu wchodzi Leonard – jeden z przywódców rozszalałego, gotowego na wszystko tłumu. Wzywa Przechrztę, aby udał się wraz z nim, bo „ten, który myśli i czuje najpotężniej z nas wszystkich” wezwał go na rozmowę (tj. Pankracy). Chór przemawia słowa zemsty: „Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę ím – oni panów zabiją po błoniach – rozwieszą po ogrodach i borach – a my ich potem zabijem, powiesim. – Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. – Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im!”.
Pankracy pyta Przechrztę, czy ten zna przypadkiem hrabiego Henryka, ponieważ chciałby, aby się do niego udał i przyprowadził przed jego oblicze na ważną rozmowę, która ma się odbyć pojutrze w nocy, zupełnie potajemnie. Przechrzta pyta, ilu dostanie w tym celu ludzi do pomocy, na co otrzymuje natychmiastową odpowiedź, iż udać ma się tylko i wyłącznie sam, gdyż jego strażą ma być imię Pankracego, zaś jego plecami „szubienica, na której powiesiliście Barona zawczoraj”. A jeśli Henryk go zamknie w więzieniu albo zabije, wówczas Przechrzta zostanie męczennikiem za Wolność Ludu.
Leonard dziwi się Pankracemu, że ten chce rozmawiać z wrogiem, podczas gdy wokoło szaleje dziki tłum, który domaga się natychmiastowej zemsty, przelewu krwi i nastania zupełnie nowych rządów – rządów należących do prostych ludzi, nie zaś do arystokracji, jak też było do tej pory. Wychodzi również na jaw, iż panowie ukrywają się w okopach Świętej Trójcy i oczekują na przybycie rewolucjonistów „jak noża gilotyny”. Przez Pankracego przemawia pycha, albowiem jest pewien zwycięstwa swoich zwolenników, arystokratom zwiastuje zatem rychłą klęskę: „Wszystko jedno – oni stracili siły ciała w rozkoszach, siły rozumu w próżniactwie – jutro czy pojutrze legnąć muszą”. Leonard pyta więc, co jest powodem wstrzymania się od ostatecznego ataku, na co Pankracy odpowiada krótko, że jego własna, niczym nie przymuszona wola, od której przecież nie powinno być żadnego odwołania. Leonard zarzuca mu zdradę, przestaje wierzyć w jego szczere intencje, ażeby doprowadzić lud do zwycięstwa, później jednak opamiętuje się, lecz mówi: „Uniosłem się, przyznaję – ale nie boję się kary. – Jeśli śmierć moja za przykład służyć może, sprawie naszej hartu i powagi dodać, rozkaż”. Widząc ten gorliwość, główny przywódca nie chce mu zrobić krzywdy, albowiem dostrzega w swym rozmówcy rzeczywistego bojownika o wolność i sprawiedliwość, pragnie więc pozostawić go zupełnie nietkniętym. Godzą się i zaczynają rozmowę na temat wszelkich przygotowań do ostatecznej walki: „Czy posłałeś do magazynu po dwa tysiące ładunków?”, „A składka szewców oddana do kasy naszej?”. Po chwili temat ten schodzi na hrabiego Henryka, o którego ponownie dopytuje się Pankracy. Leonard odpowiada, iż nie obchodzi go los panów, zatem również i los Henryka, który należy do warstwy obecnie rządzących. Pankracy przyznaje, że interesuje go ta postać, ponieważ – tak jak i on sam – jest wodzem, tyle że obozu wrogów. Z tego tytułu pragnie się z nim spotkać osobiście, spojrzeć w oczy i próbować namówić na przejście na ich stronę, zrzeczenie się swoich przekonań, swego szlachectwa. Pankracy dostrzega w Henryku nie tylko „zabitego arystokratę”, ale również poetę. Leonard przy odejściu pyta raz jeszcze, czy jego pochopne podejrzenie zostaje mu wybaczone, na co wódz rzecze mu: „Zaśnij spokojnie – gdybym ci nie przebaczył, już byś zasnął na wieki”. Zastrzega sobie jednak, że ma się on wybrać wraz z nim na potajemne spotkanie z Henrykiem. Oboje rozstają się.
Pankracy zostaje sam. Myśli o równorzędnym sobie wodzu. Czuje, że to nie jest zwyczajny wróg, którego mógłby po prostu pokonać. Zanim to uczyni, chciałby go wpierw przekonać do swoich racji i w miarę, gdyby przystał na takie rozwiązanie, darowałby mu dawne winy. Z tego też względu wygłasza monolog: „Dlaczegóż mnie, wodzowi tysiąców, ten jeden człowiek na zawadzie stoi? – Siły jego małe w porównaniu z moimi- kilkaset chłopów, ślepo wierzących jego słowu, przywiązanych miłością swojskich zwierząt… To nędza, to zero. – Czemuż tak pragnę go widzieć. omamić? – Czyż duch mój napotkał równego sobie i na chwilę się zatrzymał? – Ostatnia to zapora dla mnie na tych równinach – trza ją obalić, a potem… Myśli moja, czyż nie zdołasz łudzić siebie jako drugich łudzisz – wstydź się, przecię ty znasz swój cel; ty jesteś myślą – panią ludu – w tobie zeszła się wola i potęga wszystkich – i co zbrodnią dla innych, to chwałą dla ciebie. – Ludziom podłym, nieznanym nadałaś imiona – ludziom bez czucia wiarę nadałaś – świat na podobieństwo swoje – świat nowy utworzyłaś naokoło siebie – a sama błąkasz się i nie wiesz, czym jesteś. – Nie, nie, nie – ty jesteś wielką!”. Po tych słowach siada na krześle i rozpoczyna dalsze rozmyślania.
Następuje zmiana miejsca akcji. Mąż przebrany w czarny płaszcz idzie w towarzystwie Przechrzty. Przemierza bór, w którym znajduje się kilka szałasów, namiotów, jest tam także łąka, szubienica, ludzie rozpalają ogniska i skupiają się wokół nich. Mąż, idąc, obserwuje wszystko to, co się w tym miejscu dzieje. Henryk nakazuje Przechrzcie, żeby nie dawał po sobie poznać, że prowadzi wroga, obcego człowieka – ma z nim rozmawiać jak z dawnym znajomym, a przy okazji odpowiadać na wszystkie zadane przez niego pytania, ponieważ w przeciwnym razie zabije go, gdyż w gruncie rzeczy nie dba o jego życie wcale. Pierwszą rzeczą, która zwraca jego szczególną uwagę, jest tajemniczy taniec. Przechrzta odpowiada, iż jest to „taniec wolnych ludzi”. Taniec ten wygląda w ten sposób, iż kobiety i mężczyźni szaleją wokół szubienicy, śpiewają przy tym złe, szatańskie pieśni: „Chleba, zarobku, drzewa na opał w zimie, odpoczynku w lecie! – Hura – hura ! Bóg nad nami nie miał litości – hura – hura! Królowie nad nami nie mieli litości – hura – hura! Panowie nad nami nie mieli litości – hura! My dziś Bogu, królom i panom za służbę podziękujem – hura – hura!”.
Mąż zwraca się do pewnej Dziewczyny, iż raduje go widok takiej wesołej, rumianej niewiasty. Na to ona reaguje tymi oto słowami: „A dyć tośmy długo na taki dzień czekały. – Juści, ja myłam talerze, widelce szurowała ścierką, dobrego słowa nie słyszała nigdy – a dyć czas, czas, bym jadła sama – tańcowała sama – hura!”. Mąż odpowiada jedynie: „Tańcuj, Obywatelko”.
Pod dębem siedzi kilkoro lokajów, którzy nawzajem chwalą się, że dopiero co zabili swoich panów. Cieszą się także, że dopiero podczas morderczej pracy u ludzi z wyższych sfer, pucując ich buty, ścinając im włosy, w pocie czoła to czyniąc – dopiero wówczas poznali swe rzeczywiste prawa i postanowili je wyegzekwować, bez tego wyzysku nie mieliby pewnie o tych prawach najprawdopodobniej bladego pojęcia.
W dalszej kolejności Mąż natrafia na Chór Rzeźników, który wykrzykuje: „Obuch i nóż to broń nasza – szlachtuz to życie nasze.- Nam jedno czy bydło, czy panów rznąć. Dzieci siły i krwi, obojętnie patrzym na drugich, słabszych i bielszych – kto nas powoła, ten nas ma – dla panów woły, dla ludu panów bić będziem. Obuch i nóż broń nasza – szlachtuz życie nasze – szlachtuz – szlachtuz – szlachtuz”.
Kiedy Mąż wita się z pewną kobietą per „pani”, Przechrzta zwraca mu uwagę, by używał raczej innych słów, tj. „obywatelka” albo „wolna kobieta”. Na to Kobieta odpowiada mu: „Jestem swobodną jako ty, niewiastą wolną, a towarzystwu za to, że mi prawa przyznało, rozdaję miłość moją (…) Nie, te drobnostki zdarłam przed wyzwoleniem moim – z męża mego, wroga mego, wroga wolności, który mnie trzymał na uwięzi”. Henryk jest zatem świadkiem zepsucia moralnego, totalnego wyniszczenia zasad nawet u tak czystych istot, jakimi powinny być kobiety.
Kolejną postacią, która przewija się w obozie i którą dostrzega Mąż, jest Bianchetti – „dziwny żołnierz – oparty na szabli obosiecznej, z główką trupią na czapce, z drugą na felcechu, ż trzecią na piersiach”, „sławny Bianchetti, taki dziś kondotier ludów, jako dawniej bywali kondotiery książąt i rządów”. Mąż pyta mu się, nad czym się tak zadumał. Bianchetti wskazuje na „lukę między jaworami”, gdzie dojrzeć można osadzony na górze zamek, a wokół niego „mury, okopy i cztery bastiony” i poczyna zdradzać, jak ma zamiar zdobyć ów zamek, ale powstrzymuje go przed tym Przechrzta.
Mąż jest świadkiem dalszych obrazów ogromnej nędzy, rządzy zemsty, rozpusty i zepsucia obyczajów. Nie ma podziałów na ludzi czystych, niewinnych i na tych złych, wszyscy wydają się być równi w swym opętaniu i szaleństwie, nawet dzieci i kobiety śpiewają szatańskie pieśni, domagają się przemocy i przelewu krwi. Szczególnie agresywnie wypowiada się Chór Chłopów, który w zastraszającym tempie zbliża się do obozu rewolucjonistów: „Naprzód, naprzód, pod namioty, do braci naszych – naprzód, naprzód, pod cień jaworów, na sen, na miłą wieczorną gawędkę – tam dziewki nas czekają – tam woły pobite, dawne pługów zaprzęgi, czekają nas. (…)Wróć mi wszystkie dni pańszczyzny. (…)Wskrzesz mi syna, Panie, spod batogów kozackich. (…)Upiór ssał krew i poty nasze – mamy upiora – nie puścim upiora – przez biesa. przez biesa, ty zginiesz wysoko, jako pan, jako wielki pan, wzniesion nad nami wszystkimi. – Panom tyranom śmierć – nam biednym, nam głodnym. Nam strudzonym jeść, spać i pić. – Jako snopy na polu, tak ich trupy będą – jako plewy w młockarniach, tak perzyny ich zamków – przez kosy nasze, siekiery i cepy, bracia, naprzód!”.
Mąż zwraca się do Przechrzty: „Wasze pieśni, ludzie nowi, gorzko brzmią w moich uszach – czarne postacie z tyłu, z przodu, po bokach się cisną, a pędzone wiatrem blaski i cienie przechadzają się po tłumie jak żyjące duchy”. Po drodze widzi i słyszy jeszcze Chór Zabójców, Chór Filozofów(„My ród ludzki dźwignęli z dzieciństwa . My prawdę z łona ciemności wyrwali na jaśnią. – Ty za nią walcz, morduj i giń”), Chór Artystów („Na ruinach gotyckich świątynię zbudujem tu nową – obrazów w niej ni posągów nie ma – sklepienie w długie puginały, filary w osiem głów ludzkich, a szczyt każdego filara jako włosy, z których się krew sączy – ołtarz jeden biały – znak jeden na nim – czapka wolności – hurracha!”) oraz Chór Duchów („Strzegliśmy ołtarzy i pomników świętych – odgłos dzwonów na skrzydłach nosiliśmy wiernym – w dźwiękach organów były głosy nasze – w połyskach szyb katedry, w cieniach jej filarów, w blaskach pucharu świętego, w błogosławieństwie Ciała Pańskiego było życie nasze. Teraz gdzie się podziejemy?”).
Mąż porównuje tę chwilę niepewności, w której oczekuje na nieznanego sobie zupełnie człowieka, do momentu, w którym Brutusowi-zdrajcy ukazał się niegdyś duch Cezara: „Za chwilę stanie przede mną człowiek bez imienia, bez przodków, bez anioła stróża.- co wydobył się z nicości i zacznie może nową epokę, jeśli go w tył nie odrzucę nazad, nie strącę do nicości. Ojcowie moi, natchnijcie mnie tym, co was panami świata uczyniło – wszystkie lwie serca wasze dajcie mi do piersi- powaga skroni waszych niechaj się zleje na czoło moje.- Wiara w Chrystusa i Kościół Jego, ślepa, nieubłagana, wrząca, natchnienie dzieł waszych na ziemi, nadzieja chwały nieśmiertelnej w niebie, niechaj zstąpi na mnie, a wrogów będę mordował i palił, ja, syn stu pokoleń, ostatni dziedzic waszych myśli i dzielności, waszych cnót i błędów”. Nadchodzi godzina dwunasta, wówczas Henryk zapowiada, iż jest już gotowy do odbycia konfrontacji z drugim wodzem.
Dochodzi do spotkania Pankracego z Henrykiem. Ten pierwszy wyśmiewa się z wiary Męża, mówi, że jego własna jest lepsza i silniejsza. Arystokrata zapewnia, że nie wyrzeknie się wiary jego ojców, którzy przekazali mu „w spadku” panowanie i władzę nad ludem, że wszystko, co czyni, czyni w imieniu Boga, w którego wierzy. Pankracy próbuje przekonać Henryka i zmusić do przejścia na swoją stronę. Nie udaje mu się to, ponosi w tym druzgocącą klęskę. Co więcej – Henryk broni swej klasy, lecz raczej nie tego, jak ona wygląda w tej chwili, ale tego, jak wyglądać powinna, a więc szlachetnej arystokracji, której powierzone zostało opiekowanie się ludem, gdyż tylko taki porządek rzeczy może zagwarantować stałość i zgodę na świecie. Oboje rozstają się, każdy w swoim kierunku, każdy coraz bardziej zdeterminowany do walki.
Część czwarta:
a) opis:
Następuje tutaj „odautorski” opis okopów zamku Świętej Trójcy, gdzie też gromadzi się obóz arystokracji, której przewodzi Henryk: „Od baszt Świętej Trójcy do wszystkich szczytów skał, po prawej, po lewej, z tyłu i na przodzie leży mgła śnieżysta, blada, niewzruszona, milcząca, mara oceanu , który niegdyś miał brzegi swoje, gdzie te wierzchołki czarne, ostre, szarpane, i głębokości swoje, gdzie dolina, której nie widać, i słońce, które jeszcze się nie wydobyło. Na wyspie granitowej, nagiej, stoją wieże zamku, wbite w skałę pracą dawnych ludzi i zrosłe ze skałą jak pierś ludzka z grzbietem u centaura . – Ponad nimi sztandar się wznosi, najwyższy i sam jeden wśród szarych błękitów”.
b) dramat właściwy:
Arcybiskup oficjalnie mianuje Henryka przodownikiem, wodzem obozu arystokratów, powierza mu misję obrony przed obcą religią, aby zachował ciągłość tradycji chrześcijańskiej w swoim narodzie. Obarcza go więc odpowiedzialnością za cały lud. Wszyscy popierają Henryka i przysięgają mu wierność oraz posłuszeństwo do samego końca trwania walk (początkowo proponują mu pertraktacje z drugim obozem, lecz Mąż grozi im za to śmiercią na miejscu).
Mąż pyta, gdzie jest jego syn. Jakub odpowiada, iż zamknął się w celi w wieży północnej i że śpiewa tam prorockie pieśni. Orcio przepowiada ojcu rychłą klęskę jego wojska, albowiem słyszy jęki i widzi oczyma wyobraźni rozlewy krwi. Mężowi wydaje się, że jego syn oszalał i że to tylko omamy, nie wierzy w jego proroctwa, boi się tego słuchać. Odzywają się rozmaite głosy, które wieszczą tragiczny koniec Henrykowi: „Za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił prócz siebie, prócz siebie i myśli twych, potępion jesteś – potępion na wieki” – ten zaś nie widzi nikogo, ale głosy te wciąż odbijają się w jego uszach, co potęguje jego zdezorientowanie. Orcio mówi ojcu, że widział właśnie matkę, która kazała mu coś powiedzieć, lecz w tej chwili mdleje i nie zdąża dokończyć słowa. Mąż przeklina Marię, iż znowu nachodzi ich dziecko.
Klęska obozu arystokratów jest nieunikniona, Henryk chce jednak umrzeć z godnością, wraz ze wszystkimi. Co więcej – zaczyna wytykać rozmaite błędy ludziom z własnej klasy, np.: „A ty, czemu przepędziłeś wiek młody na kartach i podróżach daleko od Ojczyzny?” lub „A ty, czemu uciskałeś poddanych?”. Na te słowa poddani chcą go wydać Pankracemu, lecz Mąż przypomina, że mimo wszystko jest jednym z nich i że wiele wspólnie razem zrobili do tej pory, np.: „Z wami rozbiłem się na skałach Dunaju – Hieronimie, Krzysztofie, byliście ze mną na Czarnym Morzu”, po czym pyta: „Wyście uciekli do mnie od złego pana. – A teraz mówcie – pójdziecie za mną czy zostawicie mnie samego, ze śmiechem na ustach, żem wpośród tylu ludzi jednego człowieka nie znalazł?”.
Mąż prosi Boga o odwagę. W pewnym momencie słychać przeraźliwy strzał – okazuje się, że od strzału tego padł trafiony kulą sam Orcio. Na widok ten Henryk postanawia rzucić się w przepaść, lecz zanim to czyni, wypowiada znaczące słowa: „Poezjo, bądź mi przeklęta, jako ja sam będę na wieki! – Ramiona, idźcie i przerzynajcie te wały!”. Nadchodzi Pankracy i Leonard, ten pierwszy na wiadomość o samobójstwie Henryka, mówi do arystokratów: „on jeden spośród was dotrzymał słowa. – Za to chwała jemu, gilotyna wam”. Oboje dostrzegają bardzo jasne, przeszywające wzrok promienie słońca. Pankracy dostrzega w tych promieniach samego Chrystusa: „Jak słup śnieżnej jasności stoi ponad przepaściami – oburącz wsparty na krzyżu, jak na szabli mściciel. – Ze splecionych piorunów korona cierniowa”. Prosi o odrobinę ciemności, po czym krzyczy: „Galilaee vicisti!” („Galilejczyku, zwyciężyłeś”). Po tych słowach, w objęciach Leonarda, Pankracy umiera.
Opracowanie: Marta Akuszewska Bibliografia: Zygmunt Krasiński “Nie Boska Komedia”, oprc. J. Kleiner, wyd. 7, Wrocław 1962
http://lektury.crib.pl/book/export/html/48907
http://gazetawarszawska.eu/2013/12/30/nie-boska-komedia-oswiecim-27-stycznia-2014/
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.07.11 15:21 Arald98 Pasta o Julce

PROLOG
lvl 9 Dawid idę sobie radośnie do podbazy to jeszcze ten czas, w którym lubi się chodzić do szkoły na początku lekcja Religii, potem przerwa - czas zabaw wszystko supi, gramy sobie w berka myślałem już, że to będzie taki piękny dzień gdy Golem przyszedł do szkoły... Golem był dwa lata starszy, i ciągle się nade mną znęcał nauczyciele nic mu nie robili, bo jego ojciec wpłacał im jakieś dotacje na kiju właśnie biegłem od ściany do ściany, aby uciec przed berkiem wtedy Golem znikąd podstawił mi nogę i przewróciłem się na twarz straciłem wtedy chyba trzy zęby mleczne przechodząc rzucił tylko ze śmiechem "Uważaj jak biegasz młody!" moje oczy zalały się łzami a koledzy zaczęli śmieszkować byleby przypodobać się Golemowi taka sytuacja nie miała miejsca po raz pierwszy zawsze, gdy chciałem być sam, uciekałem do szkolnej kotłowni mój tata - konserwator pracujący w szkole zawsze był zajęty i nie zauważał jak przemykam przez jego pokój żeby wejść do dziury znajdującej się za dużym bojlerem pomieszczenie, do którego prowadziła dziura (nazywane przeze mnie Smoczą Grotą) mogłoby pomieścić trzech dojrzałych mężczyzn jednak sama dziura, była nawet dla małego mnie dość ciasna jak zwykle wtuliłem się w kąt wyłożony miękką gąbką po chwili, po przeciwnej stronie Groty usłyszałem jakiś dźwięk na początku uznałem, że to tylko syczenie rury podłączonej do bojlera jednak gdy po chwili źródło dźwięku zaczęło świecić mi w oczy latarką okazało się, że jest to mała dziewczynka siedziała skulona w kącie i płakała, na mój widok odrobinę się przestraszyła jako mały gówniak jeszcze nie do końca wiedziałem jak into loszki więc zacząłem rozmowę najlepiej jak potrafiłem:
(D)awid - "Co robisz w mojej kryjówce? Idź stąd!" (J)ulka - "To wcale nie twoja kryjówka, jest tak samo moja, jak i twoja!" D - "Byłem tu pierwszy! Zaraz powiem mojemu tacie i cię stąd wygoni!" J - "To zróbmy tak - ty pozwolisz mi tutaj siedzieć, a ja pomogę ci rozprawić się z tym chłopakiem, który ci dokucza." J - "Przecież dlatego tu siedzisz i płaczesz, prawda?" D - "Wcale nie płaczę! Nie jestem frajerem! A skąd wiesz, że Golem mi dokucza?" J - "Golem?" - zaśmiała się pod nosem, jakby chciała sprawiać wrażenie, że ukrywa coś przede mną J - "Twój Golem to tak na prawdę całkiem pocieszny chłopak, każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" D - "Niech będzie! Mamy układ, nie wierze ze Golem się ode mnie odczepi przez jakąś babę!" J - "Podaj mi mały palec" - powiedziała wysuwając malutki palec prawej ręki, który zdawał się znikać w świetle latarki złapałem ją za palec używając mojego, tak właśnie miała się rozpocząć moja wieloletnia przygoda z Julką plan zgładzenia Golema stworzony przez Julkę był bardzo przebiegły na początek, miałem odciągnąć szkolną sekretarkę z sekretariatu przygotowałem czerwoną farbę i rozcieńczyłem wodą bez zbędnych ceregieli, gdy drzwi do sekretariatu się otworzyły wylałem na siebie zawartość przygotowanego pojemnika i zacząłem krzyczeć gdy ja trzepałem się na ziemi i zebrałem wokół siebie jakiś tuzin nauczycieli - Julka podeszła do komputera w sekretariacie i wydrukowała około trzydziestu zdjęć ojca Golema - pana Żarowicza oczywiście moi rodzice zostali wezwani do szkoły i miałem karę na wychodzenie z domu, ale jak niedługo później się przekonałem opłacało się gdy następnego dnia przyszedłem do szkoły na każdej ścianie było zawieszone zdjęcie ojca Golema z dorysowanym wąsem i napisem "ŻARÓWA PARÓWA" jak przystało na śmieszków w naszym wieku Golem gdy przyszedł do szkoły i zobaczył swojego starego na drzwiach ubikacji zaczął krzyczeć, że dowie się kto to zrobił i zabije afera na całą szkołę, specjalnie zwołali rodziców większości uczniów żeby znaleźć sprawcę ale to był dopiero początek poczekaliśmy aż wszystko się uspokoi w międzyczasie trochę lepiej poznałem Julkę
Dziewczyna jest rok młodsza ode mnie, ma krótkie blond włosy, które często wiąże w kitki. Jej tata importuje owoce i warzywa zza granicy i sprzedaje wielu firmom w Polsce. Jej mama jest malarką i aktorką teatralną. Lubi czytać książki i oglądać filmy oraz malować. Przez 8 lat przeprowadzała się kilka razy. W skrócie - życie zupełnie inne od mojego. Ja - syn szkolnego konserwatora i bezrobotnej chorej matki żyłem w zupełnie innym świecie.
kolejną fazą naszego planu, było dać znać Golemowi kto stąpa mu po piętach, jednocześnie będąc odpornym na kontrataki planem było wkręcić mu, że mamy zdjęcia jak pije piwo i wyślemy jego tacie wszyscy w szkole wiedzieli, że Golem rzeczywiście popija od czasu do czasu zobrazujcie to sobie - mały chłopaczek i drobna dziewczynka grożą dwa razy większemu chłopakowi prosto w twarz oczywiście - plan nie wypalił w głowie przewijały mi się wszystkie możliwe sytuacje, od spłukiwania w toalecie po łamanie kości starałem się jednak udawać pewnego siebie, byłem przekonany, że Julka wpadnie na jakiś pomysł jednak gdy się odwróciłem, zauważyłem ją schowaną za drzwiami łazienki i stałem tam, sam na sam, ja i mój odwieczny wróg Golem zaczął napierać na mnie chcąc mnie złapać całe życie przeleciało mi przed oczami, a nie było ono za długie próbując zablokować cios Golema, instynktownie podniosłem kolano do góry, utrzymując się na jednej nodze dzięki bogu zrobiłem to w odpowiednim momencie i w wyniku mojej paniki mój przeciwnik już leżał na ziemi oszołomiony ciosem z kolana w brodę wtedy wszyscy wokół zaczęli klaskać i śmiać się na widok płaczącego Golema ja jednak wcale nie byłem szczęśliwy, nie mogłem uwierzyć, że w momencie apogeum naszego starcia Julka zostawiła mnie samego po chwili zobaczyłem ją wybiegającą z toalety, z uśmiechem na twarzy odsłaniającym brakujące mleczne zęby podbiegła i wystawiła rękę jednoznacznie licząc na zwycięską "piątkę" D - "Dlaczego mnie tu zostawiłaś? Mogłem zginąć!" J - "Wcale nie! Wiedziałam, że ci się uda, musiałeś tylko uwierzyć w siebie" D - "Po prostu przyznaj, że się wystraszyłaś i uciekłaś... W końcu jesteś dziewczyną, nie wiem czego się spodziewałem" odszedłem pozostawiając Julkę z pobłażliwą miną, nie wydawała się ona smutna, wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu czuła radość i dumę następnego dnia Golem przeprosił mnie za wszystko co mi zrobił, wytłumaczył, że jego ojciec zajmuje się tylko i wyłącznie pracą, nie ma dla niego czasu i tylko na mnie odreagowywał od tego czasu zacząłem kumplować się z dwa lata starszym chłopakiem imieniem Grzesiek w końcu "każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" zobaczyłem się z Julką i spytałem, dlaczego ona płakała gdy spotkaliśmy się w Grocie odpowiedziała "Mój tata miał wypadek" nagle zbladła po chwili ciszy spytałem "Zostaniesz moją przyjaciółką?" uśmiechnęła się do mnie i pobiegła w stronę klasy
AKT I
lvl 14 przyjaźnię się od dłuższego czasu z Grześkiem właściwie to dzięki niemu stałem się dość popularny w szkole no i oczywiście jest jeszcze Julka jej ojciec zginął w tamtym wypadku zabrał ze sobą czteroosobową rodzinę z nadjeżdżającego zza zakrętu pojazdu od tamtego czasu bardzo się do siebie zbliżyliśmy, spędzaliśmy więcej czasu razem niż samotnie łączyło nas kilka zainteresowań - filmy, podobny rodzaj muzyki mimo wielu różnic, a może właśnie dzięki nim bardzo dobrze się dogadywaliśmy i zawsze mieliśmy jakiś temat do rozmowy w każdej szkole istnieje podział na kilka grup popularni, nerdy, metalowcy itp. itd. my tworzyliśmy swoją własną - we dwoje każdy ze szkoły nas znał, chociaż nic o nas właściwie nie wiedział nazywano nas pobłażliwie "Kochasiami" w pewien piątek wracałem do domu bardzo późno, pomagałem w organizacji dyskoteki szkolnej była zima, bardzo szybko się ściemniało szedłem właśnie aleją, która skraca moją drogę do domu o jakieś 300m rodzice zawsze zabraniali mi tędy chodzić nocą, nie ma tutaj żadnych reflektorów i często nocują tu bezdomni księżyc świecący między budynkami odbijał się w kałużach powstałych po niedawno wytopionym śniegu na budynku po lewej świeci lekką purpurą hotelowy neon pod skórzanymi butami słyszę powolny, harmonijny dźwięk pluskającej wody nagle staje się on dużo szybszy zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną biegnie zacząłem biec przed siebie w strachu przed przestrogami rodziców w końcu skręciłem chowając się w wejściu do miejscowej rzeźni stałem odwrócony do ściany, licząc na szczęście cały się trzęsłem nagle poczułem delikatny dotyk na moich plecach oczywiście przestraszyłem się i krzyknąłem jako odpowiedź otrzymałem "Cicho bądź głuptasie!" wtedy zdałem sobie sprawę, że to Julka odwróciłem się do niej i już miałem coś powiedzieć, gdy zasłoniła mi usta delikatną drobną dłonią wyraźnie dając mi znak abym zachował ciszę za jej plecami zauważyłem dwa cienie szybko przemykające przez aleję staliśmy tak około dwóch minut, Julka cały czas trzymała rękę na moich ustach w końcu wyjrzała zza rogu i dała mi znak do wyjścia w drugiej ręce trzymała dużą butelkę szkockiej D - "To ty pijesz?" J - "Jasne, że nie!" - odpowiedziała z cichym śmiechem, jakby nadal bała się, że "cienie" wrócą D - "W takim razie skąd to masz?" J - "Ukradłam" - grymas na jej twarzy ukazywał samouwielbienie i dumę co bardzo mnie zdziwiło D - "Ukradłaś!? Że co?" J - "Nie panikuj, odniosę jutro obiecuję!" J - "Chodziło tylko o odrobinę adrenaliny, rozumiesz prawda?" - powiedziała sarkastycznie, jako że wiedziała, iż nigdy nie byłem ryzykantem J - "Masz zamiar tak tu stać? No chodź, pokażę ci coś!" pobiegłem żwawo za Julką, wyraźnie podekscytowany, zawsze uwielbiałem jej tajemniczość po 30. minutach już staliśmy pod budynkiem szkoły za dziurawą rynną leżała drewniana płyta, która po odsunięciu odsłaniała wybite okno dające dostęp do kotłowni szkolnej Julka odważnie wskoczyła do środka i wyciągnęła w moją stronę rękę z uśmiechem wskoczyłem za nią, po chwili już staliśmy przed "Smoczą Grotą" staliśmy tam dobre pięć minut, wtedy złapała mnie za rękę i przytuliła do ramienia miała na sobie kremowy sweter, czarną spódnicę do kolan i czarną czapkę założoną na uszy w taki sposób aby odsłonić jedynie jasną grzywkę lekko powiewającą przez ciepłe powietrze ze szkolnej wentylacji po chwili gwałtownie wzięła z biurka młotek i zaczęła powiększać wejście do Groty weszła do środka i pociągnęła mnie za rękę usiedliśmy oboje oparci o miękką wykładzinę Julka wyjęła z plecaka świecę i z pomocą zapałek rozpaliła ją rozświetlając małe pomieszczenie oparła głowę o delikatną ścianę, jej oddech uspokoił się, stał się ledwo słyszalny J - "Myślisz, że kiedy nas już tu nie będzie, to czy ktokolwiek będzie za nami tęsknił?" jej głos był spokojny i melodyjny, był cichy ale rozniósł się po kotłowni harmonijnym echem D - "Nie wiem i szczerze mówiąc to nie obchodzi mnie to" J - "Właściwie to mnie chyba też nie..." jej ciemnozielone oczy zaszkliły się, widać było w nich rozmyty blask świecy D - "Ale zawsze możemy liczyć na siebie, prawda?" momentalnie rozpromieniała a na jej twarzy pojawił się stłumiony uśmieszek, jakoby spodziewała się moich słów przez chwilę patrzyliśmy wspólnie w ogień świecy odwróciłem się próbując coś powiedzieć zobaczyłem leżącą spokojnie Julkę, jej oddech był rytmiczny i spokojny - spała przykryłem ją moim płaszczem i zabrałem butelkę whiskey wyszedłem z dziury i odniosłem butelkę do sklepu, przepraszając za to co zrobiłem na szczęście sprzedawca okazał się całkiem miłym facetem wróciłem do szkoły i położyłem się obok Julki po chwili zasypiając
AKT II
lvl 17 wyprowadziłem się do miasta, tak się złożyło, że razem z Julką nowe znajomości, pierwsze inby właśnie na jednej z nich poznałem Natalię wysoka, śliczna brunetka, marzenie każdego faceta w okolicy trochę zacząłem olewać Julkę, w moim domu ciągle przesiadywała pierwsza miłość Julka wydawała się uradowana, że miałem dziewczynę bardzo zmieniła się przez te kilka lat, stała się bardziej skryta i cicha nawet zaczęły się lubić - wspólnie malować paznokcie i inne takie babskie sprawy cieszyłem się, ale w głębi duszy miałem nadzieję na odrobinę zazdrości minęły trzy miesiące a Natalia zamieszkała z nami nasze mieszkanie było całkiem spore, tylko dwa pokoje ale z pokaźną powierzchnią w szkole szło mi świetnie i w dodatku w każdy weekend inby ze śliczną dziewczyną moją osiemnastkę spędziliśmy w trójkę w plenerze, nie chciałem robić z niej imprezy gdy Julka zasnęła przeżyłem swój pierwszy raz z Natalią mijały kolejne tygodnie od czasu do czasu wpadał do nas Grzesiek ale nie będę tracił czasu na opisywanie moich relacji z nim w każdym razie był to mój najlepszy kumpel pewnego razu poszedłem z Grześkiem i Natalią do klubu Julka musiała uczyć się do egzaminu i tak zawsze tylko stała przy barze i wychodziła bardzo szybko typowa imprezowa rutyna lufa, lufa, do łazienki na blanta, kolejna lufa minęło tak z 2 godziny na tańczeniu, ładnie się wkręciłem poznałem jednego Tomka, gadaliśmy sobie o filmach, wydawał się spoko mordeczką z oczu zniknęli mi Grzesiek i Natalia no to idę do łazienki ich poszukać, nawet w damskiej sprawdziłem - nic idę na parking zapalić fajkę no a z mojego samochodu słychać jęki otwieram drzwi a tam Grzesiek pier,doli moją dziewczynę oczywiście tłumaczenie, że to przez alkohol i zioło kazałem im obu spier,dalać do domu wróciłem wkur,wiony jak nigdy, zebrałem rzeczy Natalii i wyrzuciłem przed mieszkanie Julka nawet o nic nie pytała, wyraźnie wyczuła co się stało położyłem się do łóżka całą noc nie mogłem spać późną nocą do mojego pokoju przyszła Julka stanęła przed moim łóżkiem, w długiej koszulce sięgającej jej prawie do kolan z mokrymi, rozpuszczonymi włosami chwilę tak stała i patrzyła na mnie, chyba myśląc, że śpię jej sylwetka była idealnie widoczna w świetle księżyca przebijającym się przez firany po chwili cicho podeszła do łóżka i delikatnie wsunęła pod grubą, ciężką kołdrę przytulając do mojej piersi oczywiście pomyślałem, że to dość jednoznaczne ale nie myślałem o tym za dużo owej nocy po dużej ilości alkoholu obudziłem się wcześnie rano, obudził mnie dźwięk rozbijanej butelki piętro wyżej Julka wciąż spała a spod puchowej kołdry wystawał tylko jej mały nosek objąłem ją delikatnie przez te wszystkie intensywne dla mnie miesiące ona pilnie się uczyła, nigdy mi nie dorównując lecz będąc niewiele gorsza nigdy nie chodziła na imprezy, zawsze wolała ciszę i spokój od facetów również się odganiała jestem też przekonany, że nigdy się nawet nie całowała - mimo niewątpliwej urody może jest lesbijką? Nie - nie ukrywałaby tego przede mną Natalia miała dwóch facetów przede mną, nie była dziewicą gdy zaczęliśmy być razem poczułem się dość wyjątkowo myśląc, że nikt nie zbliżył się do Julki tak bardzo jak ja mimo, że jedynie się czasem przytulaliśmy, to jej ciało należało do mnie tak jak do nikogo innego nigdy wcześniej co ja w ogóle gadam? ona wcale nie jest w moim typie... to po prostu dobra koleżanka muszę jej powiedzieć, że nic z tego nie będzie wyskoczyłem z łóżka, ubrałem się i usiadłem na fotelu stojącym przed łóżkiem na którym wciąż spała Julka po jakiś dwudziestu minutach otworzyła oczy ziewając i przeciągając się niczym kot spojrzała na mnie ze słodkim uśmiechem czułem się okropnie będąc zobligowanym do powiedzenia jej co o nas myślę w końcu w ogóle do siebie nie pasowaliśmy! D - "Słuchaj, powiem prosto z mostu... My nie możemy być razem, ja nie myślę o tobie w ten sposób" na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia a jej oczy zalały się łzami D - "To nie chodzi o to, że czegoś ci brakuje, po prostu... nie pasujemy do siebie, wolę inny typ dziewczyny" mój głos stał się drżący, wręcz histeryczny nawet nic nie odpowiedziała, tylko wybiegła z płaczem ubrała się i wyszła
AKT III
Julka wróciła wtedy bardzo późnym wieczorem, śmierdziała alkoholem, była kompletnie pijana było to do niej bardzo niepodobne, wystraszyłem się położyła się na kanapie i zaczęła śmiać opowiedziała mi o poznanym chłopaku, dała mu swój numer i umówiła się za kilka dni chyba nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej wywołało to u mnie zakłopotanie, trochę mnie to dobiło ale w końcu czego się spodziewałem? Sam tego chciałem następnego wieczora poszedłem trochę odreagować na imprezę do pobliskiego klubu oddalonego zaledwie trzy przecznice od mojego mieszkania poznałem tam Weronikę, była bardzo ładna choć inteligencją nie grzeszyła, ale właściwie to tego było mi trzeba po kilku drinkach i gładkiej gadce była moja mi alkohol jakoś do głowy nie uderzył ale zabrałem ją do mieszkania kazałem jej być cicho, żeby nie obudzić Julki ale była tak pijana, że obijała się o wszystko na swojej drodze wreszcie doszliśmy do mojego łóżka, popchnęła mnie na nie i od razu przeszła do rzeczy jakoś nie sprawiało mi to takiej przyjemności jakiej się spodziewałem... nagle w całym mieszkaniu rozbłysło światło w progu drzwi stała Julka i patrzyła na nas przez chwilę zaczęła się wydzierać, że jest moją dziewczyną i kazała Weronice spier,dalać z naszego mieszkania gdy ta wybiegła z mieszkania całkiem naga Julka zaczęła się głośno śmiać mi wcale nie było do śmiechu D - "Wytłumaczysz mi co to było? Myślisz, że możesz odpie,rdalać takie rzeczy!?" J - "Och daj spokój, znajdziesz sobie kolejną idiotkę" D - "Ha! Ty jesteś po prostu zazdrosna bo wcale mi się nie podobasz a od tylu lat się o to starasz!" D - "Zrozum - MIĘDZY NAMI NIC NIE MA - NIC!" trochę mnie poniosło nie... bardzo mnie poniosło J - "Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Ja miałam tyle facetów na twoje miejsce, że nawet sobie nie wyobrażasz ty imbecylu!" J - "Ja robiłam tak dużo dla ciebie! Myślisz, że ktokolwiek zna cię tak jak ja? Że ktokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwy tak jak ja bym to zrobiła?" D - "O mnie nie masz co się martwić, ja będę szczęśliwy mogę ci to nawet obiecać!" nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w taki sposób wybuchła J - "Masz rację... To koniec, mi już też nie zależy, idę do Marcina on chociaż o mnie w ogóle dba" D - "Marcina? Doroszańskiego Marcina? hahaha nie mówisz serio prawda?" J - "O co ci tym razem chodzi, co?" D - "Przecież on jest dilerem, nie mów, że nie wiedziałaś" J - "Wiedziałam ale nie obchodzi mnie to, on jest czuły i zależy mu na mnie" D - "No dalej Julka, nie bądź głupia przecież jemu zależy tylko na tym żeby cię zaliczyć i dobrze o tym wiesz!" J - "I może tego chcę! Tylko ty możesz sobie pozwolić na coś takiego?" D - "Daj spokój... ty nie jesteś taka. Przepraszam okej? Nie chciałem cię zdenerwować... Usiądźmy i pogadajmy na spokojnie" J - "Dobre mi sobie!" wybiegła z mieszkania z hukiem, byłem strasznie wkur,wiony wyjąłem z lodówki butelkę tequilli i usiadłem przed telewizorem minęły jakieś dwie godziny, było późno, zacząłem się martwić z głowy nie mogłem wyrzucić obrazu jej kochającej się z tym prostakiem co ja odje,bałem!? przecież zawsze mi na niej zależało! Zawsze ją kocha... czy ja? tak tak! Zawsze ją kochałem! Kur,wa mać co ja zrobiłem! moje serce przepełniła zazdrość i strach mimo, że ledwo stałem na nogach to wsiadłem do samochodu zadzwoniłem do Grześka on gdy tylko odebrał zaczął mnie przepraszać i pytał co się stało ja tylko spytałem o adres Marcina i rozłączyłem się minęło może 10 minut i już stałem przed blokiem, w którym mieszka Marcin wszedłem na trzecie piętro i stanąłem przed mieszkaniem nr. 7 w powietrzu czuć było zapach marihuany i alkoholu wziąłem głęboki oddech i zapukałem energicznie do drzwi otworzył Marcin, jego oczy były całe czerwone, ewidentnie był cholernie naćpany za jego plecami zobaczyłem Julkę, w samej bieliźnie, z strzykawką na stole moje serce na chwilę kompletnie stanęło powodując przeszywający ból w piersi wbiegłem do środka, delikatnie złapałem za szyję Julki próbując wyczuć tętno było bardzo słabe, a może wcale nie jest tak źle? Może to tylko alkohol uderza mi do głowy? w każdym razie muszę jej pomóc! wyjąłem z kieszeni telefon drżącymi rękoma wystukałem 112 po słowach "Potrzebuję karetki na ulicę..." poczułem pistolet przy skroni i usłyszałem "odłóż ten telefon skurwielu" zrozumiałe - zaraz wpadłaby tu policja i Marcin poszedłby siedzieć odwróciłem się do niego twarzą, spojrzałem prosto w oczy z pogardą na jego twarzy zobaczyłem uśmiech, pogardliwy kur,wa uśmiech jakby ze mnie kpił złapałem za jego ręce i podniosłem w taki sposób, że pistolet był skierowany ku górze jednak Marcin, dobrze zbudowany był silniejszy ode mnie po chwili przepychanki słychać wystrzał oboje upadliśmy na ziemię nie poczułem żadnego bólu szybko zacząłem obmacywać każdą część swojego ciała w panice szukając dziury od kul Marcin robił to samo Ha! Nic mi nie jest! ale Marcin też jest cały gdzie jest kula? nie potrzebowałem długiego czasu na odpowiedź odwróciłem się i zobaczyłem kanapę powoli zalewającą się krwią a w brzuchu Julki dziurę od kuli to co wtedy poczułem nie może zostać opisane słowami uczucie utraty ukochanej osoby przez własną arogancję i głupotę szybko wziąłem ją na ręce i pobiegłem do samochodu moje oczy były ciągle pełne łez, jechałem jak szalony nie raz mijając czerwone światła wreszcie dojechałem cały brzuch Julki był we krwi a na fotelu powstała jaskrawa kałuża szybko wbiegłem do szpitala wołając histerycznie o pomoc po chwili widziałem jak wieźli Julkę na salę operacyjną
AKT IV
minęła godzina, lekarze skończyli operować pielęgniarka powiedziała mi, że Julka jest w stanie krytycznym i jutro dowiemy się czy będą potrzebne kolejne operacje spojrzałem na nią leżącą w łóżku szpitalnym była spokojna, spała dokładnie ją obejrzałem duże czoło, krótkie nogi, lekko wykrzywiony nosek wszystkie wady jakie wcześniej zauważałem przemieniły się w odchylenia od ideału, kosmetyczne błędy popełnione przy kreacji anioła położyłem się obok głaszcząc jej miodowe włosy dużo myślałem o tym co przeszliśmy razem, o tym, że nigdy nie byłem sam dzięki niej o tym, jak ją potraktowałem i gdzie nas to doprowadziło po kilku minutach obudziła się otwierając duże zmęczone, zielone oczka i patrząc na mnie zadziwiona D - "Cześć" zacząłem śmiać się przez łzy D - "Jak się czujesz?" J - "Bywało lepiej" J - "Przepraszam... To wszystko moja wina!" D - "Nie przepraszaj! To wcale nie twoja wina, tylko i wyłącznie moja i to ja bardzo przepraszam" D - "Kocham cię, mała, na prawdę. Nie wiem dlaczego nie mogłem się do tego przyznać" objęła mnie i pocałowała w policzek D - "Wszystko już będzie dobrze. Pamiętasz co planowaliśmy? Ty będziesz aktorką a..." J - "... a ty prezydentem, tak pamiętam. Zamieszkamy na wsi i będziemy produkować bimber a potem umrzemy w wieku 80 lat jako szczęśliwi staruszkowie" D - "Ale my byliśmy naiwni jak to wszystko wymyślaliśmy!" J - "Wcale nie! Jeszcze nam się uda zobaczysz!" D - "Nie o to chodzi! Dużo lepiej byłoby hodować zioło!" na twarzy Julki pojawił się szeroki uśmiech patrzyliśmy na siebie przez długi czas wtedy pierwszy raz ją pocałowałem przytuliła się do mnie mocno i zasnęła byłem tak szczęśliwy, że chciałem zacząć krzyczeć chyba przez dwadzieścia minut śmiałem się do samego siebie wtedy zasnąłem Julka zmarła tej nocy w wyniku obrażeń wewnętrznych gdy się obudziłem w jej drobnej, zimnej rączce znalazłem pogięte zdjęcie to było nasze pierwsze wspólne zdjęcie po zamieszkaniu razem na odwrocie napisała:
"Wiem, że będziesz teraz załamany ale nie ma o co się martwić wyjdź teraz ze szpitala, pójdź do sklepu, ukradnij najdroższą butelkę szkockiej jaką znajdziesz. Teraz przyjdź do szkoły, przytul się do miękkiej wykładziny i podaj mi mały palec. I bądź szczęśliwy - obiecałeś mi to! "
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2018.04.13 13:45 SoleWanderer Prysznicowe myśli SoleWanderera odc. 4

Niedługo kończę 33 lata...
zastanawiam się, czy bardziej zjebałem swoje życie niż Jezus...
I On i ja nie mamy dziewczyny
Z jednej strony on miał przynajmniej dwunastu kumpli... chociaż był problem bo to sami Żydzi
Ja napisałem dwie książki, on tylko jedną... ale sprzedał ją cztery razy
Ale są też i pozytywy
Siedziałem niedawno na murku przy przedszkolu i degustowałem wino owocowe (truskawkowy cydr za 11.99 w Auchan) jak to eksnauczyciel
I obserwowałem jak mój koleś z podstawówki prowadzi tam dwa zasmarkane bachory "Wiesz, Sole, nie masz dzieci, przegrałeś swoje życie" powiedział mi. "Wiesz, Adrian, masz dzieci, przegrałeś swoje i ich". odparłem.
Innym razem na ten sam parking przy przedszkolu wjechał taki jebutny SUV, kiedyś nocowałem w domku kempingowym dwa razy mniejszym od tego samochodu, więc zapytałem babeczkę, co go prowadziła, po chuj pani takie wielkie auto. Odpowiedź brzmiała "Bo mam dzieci!"... odparłem w logiczny sposób "muszą być wielkie skurwesyny".
Może dlatego nie mam kobiety?
A propos domków kempingowych
niedawno mój plan był taki, żeby wynająć sobie domek na długi weekend na totalnym zadupiu i tam pisać i jeździć rowerem
niestety jedyne dostępne lokum w dobrej cenie to cela w klasztorze
żeńskim
A więc umiłowani bracia i siostry
Wiadomość prześlę po długim weekendzie wraz ze zdjęciami z Wojnowa
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.07.29 19:21 SoleWanderer Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina [ZIEMOWIT SZCZEREK]

Pod kolumną Zygmunta stała kontrmiesięcznica. Ludzie czekali, aż z uliczek wyjdzie Jarosław, żeby go poinformować, że będzie siedział.
Z powojennej makiety katedry wyjść miał właśnie hiobowy korowód śpiewający pieśni do okrutnego bóstwa zarządzającego tą równiną, w którym to korowodzie mieszały się poczucie krzywdy i zdrady. I nieleczone kompleksy, bo przecież nie każdy jest hipsterem, co to nie złazi z kozetki psychoanalityka. Ale ten korowód tu pasował. Też był częścią tego bigosu, bo wlókł się uliczkami odbudowanego przez komunistów burżuazyjnego miasteczka powstałego pod wpływem hanzeatyckich wzorców, małej wysepki mieszczańskości w przestworze oceanu zbożowych łanów, na tej płaskoci, ciągnie się hen, aż pod podstopia Uralu. Z drugiej strony płaskoć ta ciągnie się po Holandię, ale cóż poradzić, że z Warszawy jakoś nadal bardziej widać ten cholerny Ural.
Zresztą – w centrum Warszawy widać coraz mniej. Wszystko jest zaaranżowane, ogarnięte, kosteczka, klombiki, nad Wisłą, przy wyjściu z metra, subtelne trzciny niby-nadmorskie, knajpki. Kto by jeszcze parę lat temu pomyślał, kiedy wjeżdżało się do niej jak do idealnej stolicy kraju dzikiego kapitalizmu pożenionego z wielkim kompleksem Zachodu. Najpierw kwik przedmieść, potem prowincjonalne polskie miasto podpompowane do rozmiarów Manhattanu, a w środku – sam Manhattan o uroku tuzinów różnokolorowych toi toiów.
Teraz już wszyscy ładnie ubrani i Zachód. Ale z tarasu pod kolumną Zygmunta nadal rozciąga się widok na drugą stronę Wisły. Na wschód.
Wystarczy wyjechać parę kilometrów w tym kierunku, żeby się już to wszystko zaczęło, ten piaseczek, te brzózki na rzadkiej trawie. Domy drewniane.
Stanąłem w miejscu, gdzie jeżyły się te wszystkie wymiany opon i sztachet premium, i pośród tego krajobrazu wyszła ze sklepu rodzina jedząca lody, i wszyscy, łącznie z dziećmi, mieli podkoszulki z orłami, co nie przeszkadzało im głośno złorzeczyć partii rządzącej i jej przewodniczącemu.
Dogoniłem ich. Zapytałem, przepraszając bardzo, że przeszkadzam, ale jestem dziennikarzem, jak się mają noszone przez nich wzorki do deklarowanych poglądów. Popatrzyli po sobie i powiedzieli, że wzorki ładne po prostu i że Amerykanie też noszą koszulki z Ameryką, a Anglicy – z Anglią. I poszli, a ja zostałem i czułem się jak histeryk i idiota.
Przypomniałem sobie to, gdy pod Sejmem wszyscy oczekiwali na wizytę kibiców Legii, którzy w internecie zapowiadali „podziękowanie komunistycznym złogom”, ale komunikat okazał się fejkiem: przyszło kilku, pokręcili się, poobrażali, że tyle tu policji za pieniądze podatnika, bo lewacy mają kaprys protestować, nie to, co kibice, którzy nigdy nie angażują sił policyjnych niepotrzebnie, i poszli.
Noc była dziwna: KOD ścinał się z Obywatelami RP, nie do końca było wiadomo, czy demonstracja jest rozwiązana, czy nie. Spotkałem znajomego, który skręcał się z zażenowania, bo słuchał Frasyniuka, a ten mówił, że Jarek jest, jaki jest, bo kobiety dawno nie zaznał. I że on, Władysław, jest silnym mężczyzną.
Pachniało dezodorantem Brutal, klasyką rocka i odsmażaną rewolucją z kaset. To było drażniące i wzruszające jednocześnie. Rewolucja wujków z wesela, których jakoś tam się lubi, w końcu wujki, ale którym co chwila trzeba dawać po łapach, bo mylą radosny podryw z obmacywaniem, i co chwila chować twarz w dłoniach, bo wygadują farmazony. Taki jest stereotypowy obraz KOD, i to też jeden z powodów, dla którego ci słynni młodzi, wykształceni, z dużych miast nie palili się do protestów.
A mnie zawsze denerwowało gadanie, że „nie pójdę, bo Janusze i Grażyny”. Wśród KOD-owców jest sporo seksistów. Podobnie jak wśród uchodźców, rowerzystów, związkowców i innych grup społecznych umiłowanych przez lewicę. Problemem jest raczej to, że KOD ma to gdzieś: nie będą go młodzi życia uczyć.
Ale mimo wszystko ci dawni buntownicy – co dochrapali się plazmy i mebli z Ikei, a jeśli szczęścia zabrakło, to starego mieszkania w bloku po dziadkach, ci starzy buntownicy, którzy oderwali się od swoich prac, firm, alimentów i wyszli przy dźwiękach piosenek, które dawno wypadły z list przebojów – mnie wzruszają. Zawsze mnie drażniła beka z ich kombatanckich opowieści i im bardziej to pokolenie iksdu i lolu z nich się śmiało, tym bardziej miałem ochotę iść z tymi ciotkami i wujkami. Tylko, że chwilę później ktoś coś znów palnął i się odechciewało.
A ci świetni młodzi poszli, notabene, dopiero wtedy, kiedy przyszła moda. Przyszła, bo zaczęło się dziać: protesty zaczęło być widać za oknami, a na ekranach smartfonów politycy PiS pieprzyli coraz większe kocopoły i sama beka już nie wystarczała.
Nacjonalistyczna narracja płonie zawsze mocno i jasno, ale bardzo szybko się wytraca. Jak pisaki w latach 80. Każda władza staje się siarą, a szczególnie ta konserwatywna, wychowująca. Jeszcze tak nie było, żeby taka władza długo była przez młodych postrzegana jako cool, i ta też już nie jest.
Okej. Nie tylko moda została. Został jeszcze zwrot klasy średniej na lewo, na który warto chuchać i dmuchać, bo to nie jest tak, że PiS zupełnie nie miał racji, analizując patologie III RP. Tylko że nie każdy, kto rozumie, że państwo było z tektury, musi być od razu kopalnym konserwatystą, nacjonalistą i zwolennikiem zamordyzmu.
Cóż, gdy puszkę Pandory już otwarto. W Lublinie, w Rynku, wyrzucono z knajpy jakiegoś pijanego kolesia, który podrywał dziewczyny. Krążył potem pomiędzy ogródkami, zapewne szczerze nie rozumiejąc, za co.
– Przecież nie jestem Arabem, jestem Polakiem! – wył, turlając się od stolika do stolika.
Na drugi dzień trochę mi się zaczęła udzielać ta prosta duma z Polski remontowanej za unijne: jechaliśmy przez lubelskie i patrzyłem, jak wsie i miasteczka powoli wracały do swoich pierwotnych kształtów, wydobywały się spod biedy i chaosu.
Nasza historia to nic innego jak tylko Ogólnoeuropejski Dzień Świstaka. Europa albo się integruje, albo morduje
Pochód szedł. Szedł i Kaczyński – kolejny przywódca o twarzy wampira, po Horthym i Atatürku, tylko że to była twarz wampira tej ziemi, swojska, kartoflowata nieco.
Innego wampira mieć nie będziemy. To Kaczyński zapuścił sztuczne zęby w duszę polską i przez dziury wyciekło z niej to wszystko, co pokoleniami ci wszyscy Gombrowicze, Mrożkowie, próbowali schować: ciągłe szukanie winy w innych, a nie w sobie, zdziecinnienie, warcholstwo, zaściankowość, fanatyzm, tromtadracja, głupie szarże w imię urażonej dumy.
Z początku wydawało się, że wystarczy te widma egzorcyzmować normalnością. W dzień katastrofy byłem pod Pałacem jako jeden z pierwszych: jeszcze pusto, ani ludzi, ani zniczy, ani ekip z mediów. Z polityków pod Pałacem pierwszy pojawił się Marek Borowski, z wystraszoną nieco miną. Wtedy było jeszcze świecko i obywatelsko.
I zaraz się zaczęło. Od pierwszego dnia stali, bredzili o Komoruskim, o Tusku z krwią na rękach, zawodzili, strzykali czystą nienawiścią. I nawet prawicowcy po cichu mówili: „wariaci spod krzyża”. Jeszcze mieli nadzieję, że ich państwo to będzie zwykła republikańska konserwatywna Rzeczpospolita.
Po wygranej PiS klimat plotek i guseł udzielił się nie tylko jurodiwym.
Ze znajomym lewicowym publicystą szliśmy na protest przeciwko przejmowaniu TK. Był środek zimy, Razemowcy marzli razem z projektorem, którym na siedzibie Szydło wyświetlali wyrok Trybunału, a publicysta mówił mi o nowych plotkach:
– Kaczyński ma raka mózgu, już długo nie pociągnie.
Jak po wojnie, gdy gadano o Andersie na białym koniu i „jedna bomba wodorowa i wrócimy znów do Lwowa”.
Zanosiło się na długą i ponurą noc, a energia do krzyczenia: „Świat na to nie pozwoli!” właśnie się kończyła, bo świat miał gdzieś Rurytanię i walił nie we wschodnioeuropejskich populistów, a w całą wschodnią Europę: że nie dorosła, że rozczarowała.
Przy sądach atmosfera była już zupełnie inna. Wszyscy widzieli, że coś pękło. W „ich” histerycznych wpisach po Twitterach czuć było smród strachu, i to – trudno ukryć – dawało satysfakcję połączoną z żalem. Bo jednak perwersyjnie szkoda mi było trochę tej garstki bożych szaleńców, którzy rzucili się ze swoim strachem przeciwko całemu XXI wiekowi. Tak uchronić przed światem jak Łukaszenka Białoruś uchronił, chowając ją w rogu, za chatą najdalej z kraja stojącą.
Ale satysfakcja była górą, gdy patrzyłem na zbielałą twarz Terleckiego blokowanego w czarnej limuzynie przez tłum pod Wawelem. Kaczyński zwiał wcześniej innym wyjazdem.
W Radomiu pod budynkiem sądów stały dwa znicze. Na balkonie kamienicy stał półgoły chłop i palił papierosa. Znalazłem na Facebooku profil radomskiego KOD. Spytałem, czy dziś są jakieś protesty. W ciągu paru minut odpisali, że były wczoraj i że poniedziałek. Dziś wszyscy w Warszawie.
Kasjerka w Biedronce miała przy kasie znicze.
– Na protesty? – spytałem.
– Ech – odpowiedziała. – Nie. Prywatnie. Nadszedł ten dzień, który, myślałam, nigdy nie nadejdzie.
Zrobiło mi się głupio. Przeprosiłem i powiedziałem, że strasznie współczuję. Uśmiechnęła się oczami.
– Protesty... – zawiesiła głos.
Wzdłuż ulicy Żółkiewskiego w Radomiu porozkładały się supermarkety. Można jeździć, jeśli się ma pieniądze i samochód od jednego do drugiego i udawać, że się żyje jak na całym zachodnim świecie. Ale potem ludzie wracali w swój postkomunizm, do mieszkań przy Chrobrego, i wypakowywali, co tam kupili: kiełbasę drobiową, masło, mięso na zupę, a później włączali rządową albo prywatną tv i oglądali protesty.
Kręciłem się po mieście. Robiłem to, czego dziennikarze najbardziej nienawidzą robić: vox populi. Jedni mówili, że dobrze. Inni, że źle. Większość, żebym dał im święty spokój, bo ich to gówno obchodzi, a ten kraj i tak jak był zjebany, tak będzie, bo mieć zjebany kraj to jest największa polska tradycja.
– Panie – powiedział mi starszy dżentelmen – ja tam też chcę, żeby sędziowie dobrze sądzili, ale po ch... jest im do tego Ziobro potrzebny, to ja nie rozumiem.
– Czyli pan za protestującymi?
– Za tym, żeby tamci od zegarków wrócili, to ja też nie jestem.
Albo, jak mi wytłumaczył młody pan w koszulce 4F:
– Ja ci powiem tak: net ci chodzi?
– Tak.
– Telewizor ci chodzi?
– Tak.
– W sklepach żarcie jest?
– Tak.
– To za ch… nie wiem, o co ci chodzi. A w sądzie cię i tak w ch... zrobią, jak będą chcieli.
Dzień później siedzieliśmy pod Senatem i czuliśmy się tak, jakbyśmy brali udział w jakimś przedstawieniu.
Bo przecież wszyscy wszystkich rozumieją. Ci z lewej wiedzą, że ci z prawej w znakomitej większości nie chcą wprowadzać żadnego faszyzmu, że naprawdę wydaje im się, że gra idzie o reformy, sprawne sądy, uczciwe wybory. Ale też wiedzą, że za ich plecami stoją radykałowie, paranoicy oraz cynicy. I zrobią w wała „nas” i „was”.
Ci z prawej wiedzą, że nikt po lewej stronie nie chce sprzedać Polski na części zamienne do Brukseli i żeby uchodźcy gwałcili wszystko, co się rusza. Tylko że oni też się boją, że tych lewaków cwańsi od nich zrobią w wała.
Tu nie będzie szerokiego kompromisu. A może w końcu? Jedni i drudzy chcą państwa sprawnie realizującego ambitne założenia, wrażliwego społecznie, niespecjalnie się wtrącającego, ale pomagającego, gdy trzeba. Nowej Rzeczypospolitej, już wszystko jedno: trzeciej, czwartej czy piątej.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.06.25 03:02 shydude92 Różnice kulturowe między Polską a Ameryką Północną. Pojęcie creepa

Jako osoba mieszkająca w Kanadzie od 9 roku życia, czyli nieco ponad 15 lat, czuję się upoważniony do wypowiedzenia się w tej kwestii ponieważ są pewne różnice kulturowe które wręcz rzucają się w oczy na co dzień, a Polacy którzy nigdy nie mieszkali przez dłuższy czas za granicą w anglojęzycznym kraju mogą o nich nie wiedzieć, nawet ci posiadający biegłą znajomość języka angielskiego, ponieważ w gruncie rzeczy co kraj to obyczaj i dopóki się nie zamieszka w danym kraju, tak naprawdę nie wie się jak to do końca jest. Oczywiście, uznaję że po tylu latach za granicą ja sam straciłem trochę kontakt z ojczyzną i choć ubolewam nad tym i próbuję jeździć do Polski conajmniej raz do roku, to faktycznie świat się zmienia w błyskawicznym tempie i trzeba być ciągle na miejscu żeby wiedzieć co tak naprawdę się dzieje, a więc niektóre rzeczy które powiem mogą nie do końca się zgadzać z rzeczywistością ale i tak powiem, jak ja to pojmuje. Dobra, koniec rozpisywania się, przechodzimy do rzeczy. Oto te rzeczy, które ja uważam za największe różnice kulturowe między Polską a Kanadą, czy Ameryką Północną ogółem:
Chciałem podać dużo więcej różnic ale punkt 3 zajął za dużo miejsca. To jest właśnie ten punkt o byciu "creepy" który uważam za główny temat tego postu. Pewnie za parę dni jak będę miał wolną chwilę napisze jeszcze jeden post gdzie wymienię i opiszę pozostałe różnice, ponieważ mam ich siedem.
  1. Zwroty grzecznosciowe
W Polsce wiadomo, mamy zwyczaj mówienia do osób obcych, starszych wiekiem, lub o wyższej pozycji społecznej per Pan/Pani i mówienie komuś per ty w takim kontekście jest zdecydowanie odradzane. W najlepszym przypadku, gdy się tak komuś powie zostanie to uznane za poważną gafę a w najgorszym może się ukończyć utratą pracy czy pięścią w zęby. W Kanadzie i USA natomiast mówienie per ty jest powszechne--istnieje tylko jeden zaimek you którego się używa odnosząc się do młodszych, starszych, dzieci, nieznajomych itd. Też jest prawdą to, że z nieomal wszystkimi jest się po imieniu, choć są wyjątki. Po tytule się zwracamy najczęściej do osób o wysokim statusie społecznym, np lekarzy, prawników, księży, itp. Jeżeli pracujesz w dużej firmie, ze swoim przełożonym będziesz na pewno po imieniu, jednak gdyby przyjechał szef całego zakładu, prawdopodobnie byś mu mówił Mr. X dopóki by ci nie pozwolił mówić mu po imieniu. Druga rzecz o której warto pamiętać jest to, że mówienie komuś po imieniu wcale nie oznacza że jest to bliżej poznana osoba, więc nie zawsze należy oczekiwać od niej zbyt wiele. Na przykład kiedy byłem na pierwszym roku studiów miałem profesora o imieniu Maciej który chciał aby studenci mówili mu po imieniu. To stworzyło kuriozalną sytuację, ponieważ kiedy mówiłem do niego w języku angielskim zawsze mówiłem Maciek ale po polsku zawsze mówiłem mu per pan ponieważ tak wypadało, i jemu to tez specjalnie nie przeszkadzało
  1. Nastawienie do seksu
Polacy ogólnie są dość konserwatywni w sprawach seksualnych. Oczywiście nie jesteśmy świętymi, i większość z nas wcale nie czeka do ślubu na ten "pierwszy raz" ale ogólnie mamy małą liczbę partnerów seksualnych na tle innych krajów i przelotne znajomości oparte tylko i wyłącznie na seksie ogólnie nie są nam na rękę. W Ameryce Północnej sprawy wyglądają zupełnie inaczej--na kampusach uniwersyteckich popularne są układy FWB (friends with benefits) gdzie dwoje (albo dwie lub dwóch w przypadku gejów i lezbijek) ludzi sypia ze sobą, choć wcale nie są w poważnym związku i ich kontakty oprócz seksu mogą nawet być dość minimalne. W ramach tego układu mogą się ciagle uważać za singli choć cały czas prowadzą aktywne życie seksualne. Wśród najpopularniejszych portali randkowych są takie nazwy jak Tinder czy OKCupid, które jednoznacznie kojarzą się z szybkim, przygodnym seksem bez specjalnych zobowiązań. Nie ma też faux pas poprosić laskę o seks na pierwszym spotkaniu lub po bardzo krótkiej znajomosci, ale jeżeli odmówi to absolutnie, w żadnym wypadku, nie należy być nachalnym i prosić o więcej niż jest chętna ci dać w danym momencie, co mnie prowadzi do trzeciego punktu.
  1. Bycie "creepy"
Wielu Polaków, nawet wśród tych co mają biegłą znajomość języka angielskiego, nie do końca rozumie znaczenie tego słowa, ponieważ to pojęcie jest nam trochę kulturowo obce. Przypuszczam że większość polskich Redditorów rozumie to pojęcie dość dobrze, jednak polski Reddit nie stanowi moim zdaniem reprezentacyjnej próbki polskiego społeczeństwa.
A więc co to znaczy "creepy"? To słowo może mieć wiele znaczeń w zależności od kontekstu. Creepy mogą być na przykład duchy Halloweenowe ponieważ budzą w ludziach pewien strach, lęk czy niepokój. To znaczenie tego słowa jest ogólnie dość dobrze rozumiane przez większość Polaków znających angielski ponieważ odpowiada naszym własnym uczuciom i oczekiwaniom, jednak w sferze seksualnej ma nieco inne, obce nam znaczenie.
Dziewczyny, czy spotkałyście chociaż raz w życiu faceta który bardzo nachalnie zabiegał o wasze uczucia i nie potrafił zaakceptować że jego sympatia nie była odwzajemniona. Koleś ten nie akceptował wyraźnych zastrzeżeń które miałyście wobec niego, opowiadał seksualne dowcipy w pracy na wasz temat, mógł was nawet śledzić, idąc za wami do domu, patrząc pod wasze spódnice itp. Z czasem rozwinął wam się lek wobec tego faceta, czy nawet strach ponieważ najwyraźniej nie akceptował waszej odmowy, wiec zaczęłyście się bać, że wcześniej czy później weźmie sprawy we własne ręce aby dostać to, czego chce. Mówiąc wprost: bałyście się, że was zgwałci.
Oczywiście w takich przypadkach, lęk przed gwałtem jest jak najbardziej uzasadniony, i gdybyś się zapytał przeciętnej Amerykanki jaki jest typowy creep to właśnie wymieniłaby takiego faceta. A więc jak dotąd nie ma specjalnej rozbieżności pomiędzy amerykańską a polską koncepcją creep'a. Jednak teoria różni się czasami od praktyki no i tu zaczynają się schody.
Facet który jest ultranachalny na nieodwzajemnione uczucia zawsze będzie creep'em, jednak czasami łatka ta może być przypisana nieomal każdemu facetowi który wyrazi jakiekolwiek nieodwzajemnione zainteresowanie daną kobietą. Najczęściej facet po prostu nie podoba się danej kobiecie, ale częstokroć faceci otrzymujący łatkę creepa są ogólnie nieatrakcyjni, grubi, biedni, lub nieposiadający zbyt wysokiej pozycji społecznej. Wielu młodych Amerykanów uważa że bycie creepem jest jedną z najgorszych rzeczy jaka im się może przydarzyć, i faceci dwoją się i troją aby nie być postrzegani w ten sposób. Powodów jest wiele; wielu facetów uważa bycie creepem za absolutny dowód o ich nieatrakcyjności, najczęściej fizycznej. Jeśli wyjdziesz na ulice jednego z amerykańskich miast i zaczniesz pytać przypadkowych facetów co w ich odczuciu znaczy creep nierzadko spotkasz się z opinią że creep to jest po prostu każdy facet który jest w jakiś sposób nieatrakcyjny. Za niski, za gruby, bez urody, lub posiadający jakąś inną wadę która go automatycznie dyskwalifikuje w oczach większości kobiet, a nie tylko tej jednej która go tak nazwała. Po drugie, faceci uznawani za creepów często spotykają się z poważnymi konsekwencjami, wynikającymi z tego że ta dziewczyna która danego faceta nazwała creep'em uważa go de facto za potencjalnego gwałciciela. W niektórych przypadkach, w zależności od jurysdykcji i dokładnego zachowania, dziewczyna może iść na policję i facet usłyszy zarzut molestowania na tle seksualnym, co jak wiadomo może się dla niego bardzo źle skończyć. Jeżeli do najścia dojdzie w pracy, dziewczyna może się poskarżyć do szefa i facet zostanie zdyscyplinowany albo nawet straci prace. Definicja sexual harassment jest ogólnie tak skonstruowana, że to co stanowi harassment jest tylko i wyłącznie decyzją kobiety. Aczkolwiek że doszło do naruszenia prawa może być rzeczą trudną do udowodnienia w sądzie (z uwagi na reasonable doubt) to w pracy samo przypuszczenie lub nawet skarga kobiety może doprowadzić do sytuacji gdzie pracownik otrzyma wypowiedzenie umowy. W zasadzie stworzyło to klimat strachu wśród młodych, nieżonatych mężczyzn, nie posiadających najczęściej ani specjalnej urody ani dużego portfela, że samo podejście do dziewczyny i powiedzenie "Hi" może się skończyć z fatalnymi dla nich skutkami. I takie obawy wcale nie są nieuzasadnione. Na amerykańskich uczelniach zdarzały się już przypadki gdzie student dostał policyjny zakaz zbliżania się do pewnej kobiety a w jednym przypadku nawet został wydalony z uczelni, dlatego że...patrzył się na dziewczynę w trakcie wykładu, nie wypowiedziawszy nawet słowa, a ona natychmiast poczuła się zagrożona i wniosła skargę. Z tego powodu wielu mężczyzn się wręcz boi podrywu. Boją się podrywać w kawiarniach, w autobusie, w tramwaju, a w pracy to już w ogóle. Jednym słowem, opłakany stan rzeczy.
Oczywiście w Polsce brzydcy i biedni mężczyźni też nie cieszą się specjalnym powodzeniem, i często słyszy się opinie że tylko wygląd i portfel się liczą, jednak w zasadzie to szaleństwo jeszcze do nas nie doszło, przynajmniej nie w tym stopniu. Faceci nie boją się najczęściej podrywać random'owych kobiet na ulicy z myślą że wszyscy dookoła, wraz z samą kobietą ich będą traktować jak potencjalnych kryminalistów i niedoszłych gwałcicieli. Właśnie miesiąc temu byłem w Katowicach i często w autobusach i tramwajach widziałem jak dany chłopak siadał obok dziewczyny którą dopiero co spotkał, i zaczęli ze sobą spontanicznie rozmawiać. A jeśli facet nie jest jej do gustu to dziewczyna co najwyżej mu powie "spie.rdalaj, zj.ebku" i na tym się najczęściej skończy. Nie jest to przyjemne doświadczenie, ale jest przynajmniej jakaś normalność w tym, a nie takie szaleństwo jakie sie widzi za oceanem. W Kanadzie, takie sceny gdzie chłopak podrywa obcą dziewczynę przez tzw cold approach zdarzają się bardzo, ale to bardzo rzadko, właśnie z tego powodu. Może jeżeli jest jakimś ciacho albo milionerem to tak, ale inaczej to nie. Niestety obawiam się że i my w końcu zostaniemy na to skazani. Powodów jest kilka; po pierwsze rośnie awareness o gwałcie w polskich mediach i o skali tego zjawiska. Z jednej strony to dobrze, bo kobiety będą się mogły lepiej bronić i zabezpieczać przed tymi prawdziwymi zboczeńcami, jednak efekt uboczny tego będzie taki że cała naturalna spontaniczność podrywu zostanie w efekcie zniszczona. Nie wiem, czy jest więcej gwałtów w USA niż w Polsce, ale na pewno jest bardzo wysoka świadomość o "kulturze gwałtu" i szacuje się że do 25 roku życia nawet co czwarta kobieta mieszkająca w USA zostanie zgwałcona. Jednak pomimo wielkiej skali zjawiska ponad 90 proc. gwałtów nie jest nawet zgłaszanych a z tych co są, niewiele kończy się wyrokiem dla gwałciciela. Kobiety czują że gwałciciele uchodzą bezkarnie, co tylko potęguje ich lęk i niestety najbardziej uderza to w brzydkich i biednych mężczyzn którzy najczęściej wcale nie są gwałcicielami. W Polsce jest podobna sytuacja. Nie wiemy jeszcze dokładnie ile kobiet zostało zgwałconych ale konsensus wydaje się być że ta liczba jest na pewno wyższa niż się wcześniej można było spodziewać, i też większość gwałtów nie kończy się wyrokiem dla sprawcy, więc niestety mamy dość podobną sytuację do Amerykanów co z czasem obawiam się doprowadzi do podobnego zjawiska w Polsce. Po drugie, coraz więcej dużych firm z tysiącami pracowników otwiera biura w Polsce i wraz z pracą i dobrą pensją przywożą też ze sobą zasady amerykańskiej kultury biznesowej. W arenie pracy takie przypadki już się na pewno i teraz zdarzają, jednak nie wsiąkło to jeszcze do ogólnej świadomości społeczeństwa, lecz obawiam się, że z czasem będzie tylko gorzej. Mam nadzieję tylko że nie podążymy całkowicie za USA i Kanadą w tej dziedzinie i że podryw nie będzie automatycznie traktowany jak niebezpieczna sytuacja czy potencjalny gwałt.
A więc to wszystko co mam do powiedzenia na razie, jest jeszcze kilka innych różnic kulturowych do których się chciałem odnieść no ale teraz to wszystko bo ten post jest i tak bardzo długi. Może za pare dni napisze Part 2. Czekam na wasze opinie w komentarzach.
submitted by shydude92 to Polska [link] [comments]


2017.05.12 20:22 Technolog Dlaczego warto się rejestrować na YouTube - na mojej stronie głównej YT każdy filmik jest wybrany specjalnie dla mnie i nie ma ani jednego, który jest na głównej dla niezalogowanych

Dawno do Was nie pisałem i wyszło długo, chyba z tęsknoty. ;) Więc dzielę to na sekcje, zapoznajcie się wszyscy z krótką #1, po czym liczę na komentarze. #2 i #3 dla wytrwałych.

Strona główna YT dla niezalogowanych: http://i.imgur.com/ugdvMIJ.jpg

Moja główna YT: http://i.imgur.com/xENQgqy.jpg - nie powtarza się żaden filmik, YT bez rejestracji i logowania jest jak Reddit, sama masówka!

Powyżej wygląd mojej strony startowej na YouTube, gdzie algorytmy wybrały filmy do polecenia specjalnie dla mnie. Po lewej widać prawie wszystkie moje subskrypcje.

#1. Poruszone poniżej tematy

  • ogólne działanie YT jeśli chodzi o polecanki
  • filmiki popularnonaukowe
  • rozrywka w tym standup
  • muzyka
  • architektura
  • gry wideo, "letspleje"

Tyle wstępu, niezainteresowanych w/w tematami zapraszam do pisania w komentarzach, co Was interesuje na YT.

#2. Mój komentarz do polecanek i subskrypcji

Jak ktoś przejrzy moje subskrypcje, zobaczy, że jest tam bardzo wiele kanałów popularnonaukowych i matematycznych, natomiast w polecankach jest nadreprezentacja tematyki gier komputerowych. Wynika to jak sądzę z częstotliwości pojawiania się tych filmów, o grach jest masa nowych codziennie, popularnonaukowe to rzadkość. Gry to generalnie moje "guily pleasure" na YT.
Polecanki biorą się z subskrypcji oraz tego, co oglądam, pracują nad tym najtęższe umysły świata, aby dopasował
Moje komentarze jeśli chodzi o polecanki, po kolei:
(Niestety zamknąłem tę kartę i będzie bez linków, szukajcie po tytułach ręcznie, sorry.)
  • Loading - kanał o retro grach, który subskrybuję. Ja miałem Atari 65 XE, później Amigę no i PC, a koledzy mieli Commodore 64. Fajny program dla mnie do oglądania w tle zamiast np. TVN24.
  • Standup w Polsce - kanału Onet Rano nie subskrybuję, ale Gizę lubię, do obejrzenia na później (DONP).
  • Dzień Świra - polecanka, bo wczoraj obejrzałem modlitwę z tego filmu
  • DJ Shadow - hip hop? Bo lubię DJ Shadow - Nobody Speak (Feat. Run The Jewels) - to chyba nie hip hop? Hip hip nie dla mnie.
  • Conan - pojawia się wszędzie, uwielbiam tzw. remotes Conana, czyli gdy wychodzi z kamerą poza studio oraz niektóre rozmowy. Link do remotes i najlepszych rozmów, a tutaj link do jego rozmów z Billem Burrem którego jestem wielkim fanem i właśnie widząc go u Conana zainteresowałem się tym stand-uperem
  • Bill Burr - jw., jestem fanem
  • Coś o grach wideo
  • Second oldest... - nie wiem
  • O domkach na dachach - ten kanał lubię o architekturze. Tutaj przykład tego, jak próbuję domyślić się, dlaczego te domki powstają na dachach budynków zanim obejrzę filmik i sprawdzę, czy mam rację - to dla ludzi, którzy mogą chcieć połączenia zalet domu (przestrzeń, odosobnienie, taras) i apartamentu/mieszkania (centrum). Jak ja bym to widział, opiszę w komentarzu.
  • Żmije - to tzw. demo, pokaz możliwości twórców i artystów cyfrowych: https://pl.wikipedia.org/wiki/Demoscena
  • Whose Lane - program rozrywkowy, polecam
  • Gra wideo, z której bardzo lubię utwór muzyczny grany przez orkiestrę, o ten: https://www.youtube.com/watch?v=ZWB8P4jbsAA stąd polecanka
  • Nie wiem skąd o solarach Tesli, może coś ostatnio oglądałem Bloomberga, w sumie jakbym na przykład szukał czegoś do dowiedzenia się powiedzmy podczas gotowania, mogłoby być.
Dygresja: wiele z tego oglądam przy okazji, na przykład surfując po necie, gotując coś biorę tablet i stawiam na półce, gdzie nań mogę zerknąć z każdego miejsca, a tak to słucham (podobnie robię z podcastami, ale te nadają się także np. w drodze do sklepu lub knajpy, do komunikacji miejskiej, do poczekalni jakiejś).
  • Przegląd... to kanał tzw. zagrajmera i streamera, jest to człowiek mniej więcej w moim wieku (35+), który gra i to komentuje. Podoba mi się jego poczucie humoru i to są takie naprawdę relaksujące nagrania np. przed snem, gdy nie ma innego relaksu. Przykładowe nagranie, które powinno się spodobać wszystkim osobom grającym w gry wideo: https://www.youtube.com/watch?v=XK7kTDmy5oM . Dygresja - jeśli ktoś wolałby młodszą kobietę, kojąca potrafi być także NNiezapominajka z tym, że ona jest za grzeczna dla mnie. Ale to radosny i przyjemny głos zwykłej dziewczyny, mnie podobała się u niej pierwsza część tej gry o nastolatce, która robiła zdjęcia i potrafiła cofać czas, tutaj widać było kobiece podejście do problemów dziewczyn, ja bym grał inaczej i interesujące był jej komentarz. Przypomnijcie tytuł, to wyedytuję.
  • Czarne Owce - powrót po długiej przerwie. Dwóch miastowych ludzi koło trzydziestki pije i gada o różnych sprawach, nie unikając przeklinania, aktualnie obaj żonaci, jeden z dzieckiem. Na doła do picia samemu - filmiki idealne ;) Z chęcią dokończę ten odcinek.
  • Muzyka i znowu gry
  • TV Gry oglądam rzadko, a polecane mi są często WTF YouTube?
  • Colbert - tytuł zachęca, obejrzę
  • Przez Świat na Fazie - koleś z sąsiadującego z moim miasta Żory jeździ po świecie, tym razem Afryka. Można zerknąć, mnie już to nudzi, za dużo jest jego paplaniny i jego mordy, za mało innych ludzi, on jak łapie autostop to najczęściej wyłącza kamerę, a przecież można się spytać kierowcy, czy można nagrywać.
Dalej Conan i Bill Burr, już omówieni, poniżej Team Coco to kanał Conana O'Briena.

#3. Posłowie

  • Jeśli o mnie chodzi, polecanki na YT naprawdę działają, warto poświęcić czas na rejestrację i subskrybować ulubione kanały, to pomoże algorytmom trafiać.
  • Czy ktoś mi może polecić jakiś filmik/kanał w tych tematach, poza grami?
  • Inspiracją do napisania tego posta był komentarz Scypio o (braku) trafności reklam na YT. Chłopie, chłam oglądasz, rejestruj się i będziesz miał wszystko pod siebie :)
  • Jeśli komuś podoba się jakiś filmik albo twórca i wyświetlana reklama pokazuje coś interesującego, sugeruję klik i ewentualny zakup, to wspomaga twórcę.
submitted by Technolog to Polska [link] [comments]


2017.02.03 18:01 SoleWanderer Francja nauczyła was bezczelności. Jak uczyć w arabskim getcie

Mój uczeń: - Ja spadam z Francji. Jadę do Algierii. Ja: - OK, byle szybko. Na koniec roku cała klasa mocnym głosem śpiewa ze mną "Marsyliankę". Już się nie wstydzą. Nie zdradzę od razu, kim jestem.
Powiem tylko, że mam paskudny charakter. I siedmiu starszych braci: trzech jest bardzo religijnych, dwóch głosuje na Front Narodowy, jeden jest świadkiem Jehowy. Od 12 lat uczę historii i geografii w gimnazjum na południu Francji. Często myślę, że gdybym miała dzieci, to byłyby w wieku moich uczniów, ale jestem bezpłodna. Próbowałam in vitro pięć razy. Może dlatego angażuję się w życie uczniów, często im doradzam. Czasem to ze mną idą po raz pierwszy do muzeum, do kina. Sami by się bali. Ich rodzice nie mają takiego zwyczaju, a oni śmiałości, by zrobić coś nowego. Czekam więc na nich obok stacji metra i odprowadzam pod drzwi teatru, nawet w niedziele wieczorem. Lubię zadziornych uczniów, którzy zadają dużo pytań. Mathilde, Mohammed, Zyad – nazywam ich „bébés d’amour”, moimi skarbeczkami.
W toalecie szkolnej ktoś napisał na drzwiach, że fajna ze mnie nauczycielka. Na drzwiach kibla, gdzie zwykle rysuje się penisy! To był dla mnie największy komplement.
Jestem surowa, ale jeszcze nigdy nie wyrzuciłam ucznia z klasy. To norma wśród francuskich nauczycieli, którzy wolą pozbyć się problemu, niż się z nim zmierzyć. We francuskiej szkole o pewnych rzeczach nie należy rozmawiać. A ja z dzieciakami ciągle gadam. Chcę, by mogli z siebie wszystko wyrzucić. Przynosi im to ulgę.
Jak stawiam ucznia do kąta, zawsze pytam, czy rozumie, dlaczego to robię.
– Myślisz, że jak mnie nie posłuchasz, to cię uderzę?
– Nie może pani.
– Masz rację. To dlaczego mnie słuchasz?
– Bo tak trzeba.
– A jak kazałabym ci ucałować moje stopy, to zrobiłbyś to?
– Nie!
Klasa chichocze.
– Władza działa w dwie strony – tłumaczę im. – Ja wydaję polecenia, ale to wy je akceptujecie. To wasz wybór, że na moich lekcjach jesteście grzeczni. Jeśli gdzie indziej używacie przemocy albo wyzywacie nauczycieli, to też jest wasz wybór. Nie jesteście ofiarami.
Imigranci we Francji głosują na Front Narodowy
Lekcja 1. Gęba – Ja stąd spadam. Jadę do Algierii – powiedział ostatnio jeden z moich uczniów. To łobuz, ale bardzo go lubię.
– OK, byle szybko – odpowiedziałam prowokacyjnie.
– Najpierw zbiorę pieniądze, a potem wyjadę, inszallah (po arabsku: „jeśli taka będzie wola Boga”).
– Powiedz mi: bezczelność zawdzięczasz Francji czy Algierii? – Patrzy na mnie spode łba, nie rozumie. – Co by się stało, gdybyś w ten sposób rozmawiał z nauczycielem w Algierii?
Uczeń milczy, więc jego kolega podpowiada: „Dostałbyś po twarzy, stary!”.
– Właśnie. Twoja niewyparzona gęba jest gębą Francuza, mój drogi. Jesteś bezczelny, bo pozwala ci na to wolność słowa. Może nie czujesz się Francuzem, ale jesteś nim.
Moi uczniowie ciągle powtarzają: „nienawidzę Francji, nienawidzę Francuzów”. Mam wrażenie, że po rozmowach ze mną czują ulgę. To bardzo trudne nie wiedzieć, kim się jest. – Mówiąc, że Francja to nie jest wasz kraj, robicie przysługę rasistom – tłumaczę. – Francja to JEST wasz kraj. Nie przyjechaliście tutaj z wiosek w Algierii. Rodzice większości z was urodzili się we Francji, do której wasi dziadkowie emigrowali w latach 70.
Cały dzień słyszę na przerwach: „bled”, „bled”, „bled” (z arabskiego „kraj pochodzenia”, a także miasteczko lub wieś, z której wywodzi się rodzina). Nie umieją powiedzieć jednego zdania po francusku, nie wtrącając arabskich słów. W zeszytach nieustannie rysują flagi Maroka i Algierii. Winię za to ich rodziców, którzy robią z nich imigrantów. Co roku zabierają ich na wakacje do Algierii czy Maroka i mówią: „To jest twój kraj”. Tworzą konflikt lojalności, dziecko musi zająć stanowisko: Francja czy kraj rodziców. „Bled” stał się dla nich mityczny. Kiedyś musiałam tłumaczyć uczennicy, że w zimie w Algierii jest chłodno. Bo dla niej Algieria oznacza wakacje, nikt nie pracuje, jest luz. Nie bierze pod uwagę, że rodzice mogą sobie pozwolić na wiele tygodni wolnego, bo zarabiają w euro. Dzieciaki myślą, że to tam toczy się prawdziwe życie. A to we Francji jest tymczasowe.
Narzekają, że Francuzi są wobec nich rasistowscy. Pytam wtedy, co myślą o Romach. Odpowiadają, że to brudasy, że żebrzą z dziećmi na ulicach, są obrzydliwi. – To samo niektórzy Francuzi myślą o was. Nawet wasz rasizm świadczy o tym, że wspaniale się integrujecie. Jesteście prawdziwymi Francuzami, brawo! – to terapia szokowa, ale działa. Zaczynają myśleć.
Czy to, co mówię, oznacza, że nie lubię Arabów? Ostatnio zarzucili mi to członkowie partii komunistycznej.
Apartheid a la française. Rozmowa z Thomasem Guénolé
Lekcja 2. Edukacja priorytetowa Jesienią kilkunastu uczniów w kominiarkach zaatakowało liceum w Trembley-en-France, na przedmieściach Paryża. Rzucili dwa koktajle Mołotowa w budynek szkoły, ranili dyrektorkę. W całym kraju trwała dyskusja. „To wina ich złego wychowania, islamu, pobłażliwego systemu edukacji” – mówili konserwatyści. Lewicowcy bronili: „Są wściekli, bo są biedni. Odgrywają się na społeczeństwie i szkole, przez którą są źle traktowani”.
Bzdura! Przemoc to jest ich wybór. Podkreślając ich „inność”, że źli i biedni, wykluczamy ich ze społeczeństwa. A kto traci najwięcej? Ich koledzy ze szkoły, równie biedni jak oni, którzy nie mieli lekcji, bo szkoła w Trembley została na tydzień zamknięta.
Francuska szkoła od co najmniej 20 lat pogrąża się w chaosie. W 1981 roku stworzono kategorię ZEP – Zone d’éducation prioritaire (strefa edukacji priorytetowej). Zerwano wtedy z zasadą równości dzieci. Dyrektorzy szkół ze słabymi wynikami dostali dofinansowanie, nauczyciele – więcej pieniędzy. Programy szkolne dostosowano do najgorszych uczniów. By wyrównać różnice społeczne, postanowiono uczyć mniej. W podstawówce uczy się odmiany czasowników, ale tylko w dwóch osobach: on i oni/one. Ograniczono też naukę nowych słów.
Do gimnazjum trafiają dzieci, które słabo mówią po francusku. Zamiast czytać, wciąż składają zdania. Piszą tylko fonetycznie. To wina lewicowych ideologów, którzy tworząc nowy program, uznali, że „kompetencje społeczne” (np. organizacja debat, praca w grupach, większa swoboda w nauczaniu a la Montessori) są ważniejsze od nauki języka. Zapomnieli, że rodzice dzieci z ZEP-ów nie czytają z nimi książek. Szkoła to dla tych dzieci wszystko. Umiejętność czytania i pisania jest najważniejsza, bo daje im wolność. Co z tego, że rozwiążą łatwe testy gimnazjalne, zdadzą maturę – dzięki nowemu systemowi udaje się to 90 procentom. Na egzaminach wstępnych na studia dostaną obuchem w łeb, bo nikt nie będzie traktował ich „priorytetowo”.
Salima jest singielką, pracuje w finansach, nie uznaje szariatu, ale modli się w meczecie. To wystarczy, żeby szeptano na jej widok
Lekcja 3. Getto Całe życie uczyłam w ZEP-ach. Pierwsze sześć lat w Marsylii. Rano w gimnazjum na blokowisku, gdzie na 500 uczniów było 20 białych. Po południu – w bogatym miasteczku pod Marsylią – tam było 10 Arabów. W Tuluzie przez ostatnie kilka lat straciliśmy dużo białych dzieci, a także uczniów z „dobrych” rodzin. Przenieśli się do szkół prywatnych. W niektórych klasach jest po 2 białych uczniów, w innych 10. W gimnazjum obok na 300 uczniów jest 1 biały. Według raportu z września 2016 roku, który wstrząsnął Francją, szkół-gett jest w kraju koło 100 (na 8 tysięcy). 95 proc. ich uczniów to biedni muzułmanie. System edukacji oparty niby na zasadzie „równości” tylko pogłębia różnice społeczne. W ZEP-ach dzieci tracą statystycznie siedem i pół tygodnia w ciągu roku, bo są odsyłane ze szkoły za karę. W najgorszych szkołach mają nawet trzech nauczycieli matematyki w ciągu roku. Dodatkowo kilka tygodni bez lekcji, bo są strajki – uczniów, rodziców i nauczycieli. Ale mam kolegów i koleżanki, którzy są zadowoleni. W ZEP-ach nie muszą się wysilać, a dostają około 100 euro więcej.
Kulturowa różnorodność, by mogła dobrze funkcjonować, musi być kontrolowana. Należałoby zastosować strategię „busingu”, czyli dowożenia autobusem dzieci z jednej dzielnicy do różnych szkół (obecnie obowiązuje rejonizacja). Badania Susan Eaton z Uniwersytetu Harvarda pokazują, że integracja jest najistotniejszym czynnikiem wpływającym pozytywnie na wyniki nauczania. Dzieci trzeba wyciągnąć z ich dzielnic.
Znam uczniów w Marsylii, którzy nigdy nie byli na plaży ani w centrum miasta. Po szkole przesiadują na chodnikach. Ich rodzice stoją w kolejce do CAF-u (Kasa Opieki Rodzinnej) albo po zasiłek do Pole Emploie (Urząd Pracy). Na osiedlu jest szkoła i biura rządowe, ale nie ma ani jednej fabryki. Nie ma biblioteki ani muzeum. Ludzie zostali uwięzieni na blokowiskach. We Francji przestaliśmy się mieszać.
Lekcja 4. Gołe pupy Po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” jeden z moich uczniów nie chciał uczestniczyć w minucie ciszy. Powiedziałam mu: – Weź krzesło i ustaw przodem do ściany na końcu sali. Siedź tam do końca lekcji. Dla mnie nie istniejesz.
Paryż po zamachach 13 listopada
Nie ruszył się z ławki. Potem długo o tym rozmawialiśmy. Zapytałam, dlaczego nie chciał milczeć.
– Dlaczego nie milczymy za Palestynę? – zdenerwował się. Okazało się, że pół klasy myśli podobnie.
– A dlaczego nie milczymy za ludobójstwo w Rwandzie? Za ofiary wojny w Darfurze? Milczymy w sprawach, które dotyczą Francji, a wy jesteście jej obywatelami – tłumaczyłam. – Wasze milczenie nie oznacza, że akceptujecie rysunki w „Charlie Hebdo”. Oznacza, że nie zgadzacie się, by mordować ludzi tylko dlatego, że są dziennikarzami. Wolność słowa jest inna dla mnie – jako nauczycielka nie mogę wyśmiewać islamu – a inna dla karykaturzysty.
– Ale obrazili naszego proroka – nie ustępowali.
– „Charlie Hebdo” obraża wszystkie religie. Nawet jakby sam Bóg przyszedł do was i powiedział, że macie kogoś zabić, to macie mu odmówić. Życie ludzkie jest święte. Poza tym czy wasza wiara nie jest silniejsza od jakichś głupich rysunków? – nie wiedzieli, co powiedzieć.
W grudniu zorganizowałam debatę o burkini w stylu amerykańskim. Kazałam przeczytać im wszystkie artykuły z prasy na ten temat: lewicowe i prawicowe. Czytali teksty feministek – przeciwniczek i zwolenniczek burkini. Poznali zdanie salafitów, którzy też byli przeciwni, ale z innych powodów: według nich burkini jest zbyt obcisłe. Poza tym prawdziwa muzułmanka nie chodzi na plażę – z tym zgodziło się wiele uczennic. Najpierw gadaliśmy. Jedni proponowali: – Niech zrobią osobną plażę dla muzułmanek w burkini.
– Jasne, to jeszcze zróbmy plażę dla białych i czarnych. To wam się wydaje sensowne? – spytałam.
– No nie, to rzeczywiście idiotyczne – przyznali. – Ale kobiety, które opalają się z gołymi pupami i cyckami na wierzchu, dlaczego one mogą? To niesprawiedliwe!
Przeczytaliśmy wspólnie prawo laickości z 1905 roku i kolejne, z 2004 i 2010 roku. Wielu merów, chcąc zakazać burkini, powoływało się na nie.
– Nigdzie tu nie mówią o plażach! – krzyknął jeden z uczniów. W ten sposób doszliśmy wspólnie do wniosku, że burkini nie można zakazać w imię laickości.
Potem podzieliłam ich na grupy. Wcielili się w role przeciwników i zwolenników burkini. Dzięki temu poznali inny punkt widzenia.
Ostatnio pokazałam im zdjęcie mężczyzny, który podciera sobie tyłek flagą Francji. Byli w szoku. – Ktoś to naprawdę zrobił?! – nie mogli uwierzyć.
– A co wam to przeszkadza, to tylko kawałek materiału – wzruszyłam ramionami.
– Nie, nie, to jest flaga!
– Co was obchodzi flaga Francji? – specjalnie okazywałam obojętność.
– Tak nie można! – byli coraz bardziej oburzeni.
– Czyli jednak wam to przeszkadza? A jakby to była flaga Algierii?
– Ooooooo!!!!!!! To już byłoby przegięcie!!! – zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego.
– To samo powinniście czuć wobec flagi Francji, bo to wasz kraj.
Wtedy zaczynam z nimi lekcję o symbolach narodowych, o narodzie, choć we Francji szerzenie patriotyzmu w szkole jest zakazane. Tłumaczę, dlaczego są ważne. Na koniec roku cała klasa mocnym głosem śpiewa ze mną „Marsyliankę”. Już się nie wstydzą.
Burkini - nie tylko dla skromnych
Lekcja 5. Apartheid Dwóch moi braci to antysemici. Najpierw byli antysyjonistami, nienawidzili Izraela. Teraz otwarcie mówią o tym, że nienawidzą Żydów. Nie wynieśli tego z domu, bo nigdy nie słyszałam, by mama mówiła źle o Żydach. Nigdy.
Dla moich uczniów gwiazdą numer jeden jest Mohammed Merah, terrorysta islamski, który w 2012 roku zamordował siedem osób, w tym troje dzieci. Wielbią go, bo jego ofiarami byli w większości Żydzi, których nienawidzą. Zaprosiłam więc na lekcję Latifę Ibn Ziaten, matkę żołnierza zastrzelonego przez Meraha. To starsza pani, muzułmanka w chuście. Opowiadała moim dzieciom spokojnym głosem to, czego nie usłyszeliby od polityków. „Kocham Francję i Maroko. Kocham islam. Z moimi dziećmi obchodziłam i Boże Narodzenie i ramadan. Uczyłam ich miłości do Francji, to z tego powodu mój syn został wojskowym”.
Latifa przypominała uczniom ich matki, byli wzruszeni. To, co mówiła, dotarło do nich bardzo głęboko. Gdy wyszła, rozmawialiśmy.
– Poczuliście empatię do drugiego człowieka. Latifa to osoba podobna do was, do waszych mam, więc nie było to trudne zadanie. Chciałabym, żebyście to samo czuli wobec wszystkich ludzi na świecie. Także wobec żydowskich dzieci, które zostały zamordowane przez Meraha tylko dlatego, że zamiast Koranu czytały Torę.
Ostatnio pewna badaczka z satysfakcją stwierdziła, że odkąd żydowscy rodzice przenieśli swoje dzieci do szkół prywatnych, w szkołach publicznych nie ma antysemityzmu. Politycy Partii Socjalistycznej mówią podobnie: stwórzmy szkoły wyznaniowe dla muzułmanów, skończą się awantury o laickość, dziewczynki będą mogły nosić chusty. Zamiast zwalczać antysemityzm, zadowalają się przeniesieniem problemu gdzie indziej. Tłumaczą: „To antysyjonizm, niechęć do Izraela. Nie można do końca winić Arabów, że tak myślą”. Ja się z tym nie zgadzam. Antysemityzm to rasizm, jest zakazany przez prawo. Nie chcę, by we Francji było jak w Anglii, gdzie działają trybunały szariackie. Lub w Nowym Jorku – sądy rabiniczne. W sprawach rodzinnych i majątkowych pogłębia to dyskryminację kobiet. Synowie dostają dwa razy więcej spadku niż córki, a w przypadku przemocy domowej sędziowie każą mężom „nauczyć się panować nad gniewem”. Rząd brytyjski pozwala na to z lenistwa. Wydaje się im to bardziej praktyczne, ale mylą się. Dzieląc społeczeństwo, tworzą apartheid.
Zjednoczony Kalifat Wielkiej Brytanii?
Lekcja 6. Żydzi Zaprosiłam na lekcję 80-letnią Żydówkę Rachel Roizes, która była przechowywana przez francuską rodzinę cztery lata w trakcie wojny. Jej tata został wywieziony do Oświęcimia. Przed spotkaniem moi uczniowie złościli się: „Tylko Żydzi i Żydzi, czemu ciągle o nich gadamy? Dlaczego nie uczymy się więcej o Palestynie? Dlaczego musimy czytać teksty o obozach koncentracyjnych, one podobno nie istniały! Ta historia z gazem jest podejrzana”. To samo słyszą nauczyciele w wielu francuskich szkołach.
A potem usiadła przed nimi ta miła staruszka. Nigdy wcześniej nie widzieli Żydówki, dziwili się, że wygląda tak „zwyczajnie”. Słuchali jej opowieści o wojnie z rozdziawionymi ustami. Gdy opowiadała o rodzinie, gdy wypowiedziała słowa „moja mama”, „mój tata”, widziałam, jak ramiona niektórych chłopców opadają. Rozluźnili się. Po spotkaniu pokazałam im jeszcze filmy dokumentalne o obozach koncentracyjnych. Specjalnie wybierałam ujęcia pokazujące największe okrucieństwo.
Potem znów rozmawialiśmy. Najpierw ich sprowokowałam, bo żeby do nich dotrzeć, trzeba przeciągnąć strunę. – Eee, ci Żydzi to nie są ludzie tacy jak my. Merah miał rację, trzeba ich mordować.
– Nie może pani tak mówić! To obrzydliwe! – krzyknęła jedna z uczennic. Paru uczniów się popłakało, choć większość to „twardziele”, zawsze na straży swoich emocji.
Idealnie byłoby, gdyby do szkoły przychodzili też rodzice. Powinni spotkać się z mamą żołnierza zamordowanego przez Meraha, porozmawiać z 80-letnią Żydówką. Dzieci powtarzają za rodzicami, bo są wobec nich lojalne. To bardzo trudne dla 12-latka przyznać, że jego rodzice nie mają racji.
Jeśli nauczyciel nie wyłapie odpowiedniego momentu i nie zainspiruje swoich uczniów, to nigdy nie ruszą do przodu. To wymaga wiele pracy, ale warto. Najtrudniej jest mi zaakceptować to, co wmawia się nauczycielom na stażu: „Nie masz wpływu na to, czy uczeń będzie dobry, czy zły. Nie możesz zmienić jego zachowania, to nie twoje zadanie. Nie jesteśmy ich rodzicami. Decyduje przeznaczenie”. Wstydzę się za nauczycieli, którzy tak robią. Wstydzę się, że nic nie zrobiłam dla mojego ucznia, którego w pierwszej klasie gimnazjum podejrzewałam o stosowanie przemocy. Nie miał empatii, niczego się nie bał. Był socjopatą. Czułam, że niedługo wyląduje w więzieniu. Trzy lata później zabił człowieka. Ukradł mu skuter, dźgnął nożem.
To powszechna na francuskich przedmieściach bieda i brak perspektyw popychają młodych ludzi w ręce islamskich ekstremistów
Lekcja 7. Pała – Nie słuchajcie nauczycieli, którzy przekonują was, że pasujecie na sekretarkę albo sprzedawcę – mówię moim uczniom w ostatniej klasie gimnazjum. – Możecie zrobić to, co chcecie. Opowiadam im wtedy to, co przeżyłam i kim jestem naprawdę.
Nie ma dnia, by nie zadawali pytań. Z reguły przerywam wtedy lekcję i dyskutujemy o polityce. Nazywają mnie „nauczycielką od newsów”. Najbardziej popularne: – Czy to prawda, że lewica to dobrzy ludzie, a prawica niedobrzy?
Najmniej interesuje ich ekologia (dla większości oznacza trawnik przed blokiem), najbardziej konflikt izraelsko-palestyński. Kilka razy dziennie słyszę: „Palestyna, Palestyna, Palestyna”, nieważne, czy mówię o historii Francji, Shoah czy wojnie w Algierii. Nie spędzają czasu, grając w gry komputerowe, ale śledzą wiadomości, oglądają filmy dokumentalne na YouTubie. Uwielbiają dyskutować, kontrargumentować. Są w tym bardzo dobrzy.
Na historii najbardziej cieszą się, gdy zaczynamy mówić o wojnie w Algierii. Ale mają słomiany zapał. Jak do arabskiego – nie mogą się tych lekcji doczekać, a potem większość ma na koniec roku pały. Wojnę w Algierii omawiamy bardzo szczegółowo. Tłumaczę, że nie było w niej tylko złych i tylko dobrych bohaterów. Nigdy tak nie jest i to właśnie najpiękniejsze w nauce historii. Często każę uczniom przygotować argumenty za i przeciw na każdy temat. Wysłuchujemy każdej ze stron, a to, za kim się opowiemy, zależy od wartości, które wyznajemy.
Na klasówkach zawsze pokazuję im pytania kilka dni wcześniej. – Jeśli dostaniecie złą ocenę, to nie dlatego, że jesteście imbecylami. Nie pracowaliście wystarczająco dużo! Nie zastawiam na nich pułapek. Jak obleją, to zawsze mogą napisać sprawdzian raz jeszcze. Oceny mam gdzieś. Najważniejsze, by nauczyć ich pewności siebie.
Lekcja 8. Minispódniczka Uczennice nie mogą przychodzić na lekcje w krótkich spódnicach. Cały tydzień łażą w spranych dresach. Nie chcą narażać się muzułmańskim kolegom. W filmie z 2009 roku „La Journée de la jupe” (polski tytuł „Pokolenie nienawiści”) Isabelle Adjani gra nauczycielkę, która jako jedyna przychodzi do szkoły na przedmieściach Paryża w spódnicy przed kolano. Jest za to wyzywana przez uczniów od „kurew”. Zdarza się to w szkołach, gdzie nauczyciele nie mają żadnego autorytetu. Mnie to nie dotyczy, bo zawsze chodzę w długich spódnicach, wyglądam jak worek kartofli, ale taką mam figurę. Gdybym chciała, mogłabym przyjść do szkoły w kostiumie kąpielowym. Spróbowaliby to skomentować!
Jeśli mój uczeń powiedziałby, że nie usiądzie obok dziewczynki, tobym go do tego zmusiła. Zdarzyło się to mojej koleżance w szkole podstawowej. Radykalni muzułmanie przyszli do szkoły i zakazali swoim córkom siedzieć w ławkach z chłopcami. Te same dziewczynki dostały nagle wszystkie alergii na chlor, nie mogły chodzić na basen. Nauczycielki poddały się ze strachu. Ja bym poszła na wojnę.
Istnieją wartości uniwersalne, niezależne od tego, czy jesteś białym chrześcijaninem, czy czarnym muzułmaninem. Najważniejszą z nich jest równość prawa wobec kobiet i mężczyzn. Jeśli dwuletnia dziewczynka zostaje obrzezana, to w dupie mam tłumaczenie, że to jest „kulturowe”. Na szczęście we Francji to nie tylko nielegalne, ale i karalne. Od lat 80. stu rodziców i dwie rzezaczki trafiły za to do więzienia na kilka lat. W Anglii zostało to zaniedbane, nikomu jeszcze nie został nawet wytoczony proces. Rezultat: między kwietniem 2015 a marcem 2016 roku 5702 dziewczynki zostały obrzezane, najwięcej w Londynie. We Francji, według ostatnich danych GAMS (Groupe pour l’Abolition des Mutilations Sexuelles – stowarzyszenia zwalczającego praktykę obrzezania), nie dokonuje się obrzezań już w ogóle.
Naprawione. Czarne Francuzki odzyskują łechtaczki
Nie można twierdzić, że obrzezanie jest straszne, ale posiadanie dwóch żon akceptowalne. Zgodziłabym się z tym, gdyby kobiety też mogły mieć dwóch mężów.
Jeśli 12-letnia dziewczynka nosi chustę, to czy można powiedzieć, że to jest jej wybór? Nie. Robi to, bo chce zrobić przyjemność rodzicom. Moi przeciwnicy argumentują, że prawo z 2004 roku zabraniające noszenia chust w szkołach spowodowało, że dziewczyny zaczęły je nosić z przekory. „Zabraniacie nam? To my się zbuntujemy”. Nie jest tak w przypadku moich uczennic. Obowiązkowe zdejmowanie chusty w szkołach uświadamia im, że nie definiuje ich tylko religia. Ostatnio tłumaczyłam to 12-latce, która przychodzi na lekcje coraz szczelniej zakryta. Jak tylko urosły jej piersi, to założyła gruby sweter. Przestała chodzić w legginsach, bo zostały uznane przez jej kolegów za zbyt obcisłe. Powiedziałam jej, że islam ani żadna inna religia nie jest wrodzony. Gdyby porwała ją katolicka matka, to byłaby katoliczką.
We Francji muzułmanka nie potrzebuje chusty. Prawo laickości nie zmieniło się od 1905 roku. To muzułmanie stali się bardziej wymagający. Islam naszych rodziców został zastąpiony przez religię osób bardziej świadomych swej wiary. Codzienna praktyka religijna jest dla nich bardzo ważna, ale kultywowanie tradycji im nie wystarcza, więc sięgają do książek teologów islamskich i rozmawiają z imamami. Nigdy we Francji nie było tylu księgarń religijnych! A gdzie młodzi islamiści nauczyli się czytać? Kto nauczył ich myśleć, analizować teksty? Francuska szkoła.
Obrzezanie. Piekło kobiet
Lekcja 9. Zwykła rodzina Całe szczęście, że urodziłam się w 1978 roku. Gdybym teraz była w gimnazjum, to nosiłabym chustę. Pewnie nie zostałabym nauczycielką, a moi bracia zaaranżowaliby dla mnie małżeństwo z kuzynem w Algierii.
Nazywam się Fatiha Boudjahlat. Jestem Arabką. Feministką. Działaczką w partii radykalnie lewicowej Mouvement Républicain et Citoyen (Ruch republikański i obywatelski). Jestem też wierzącą muzułmanką, nie rozumiem, jak można w nic nie wierzyć. Ale nie wierzę w piekło ani w raj. Nie modlę się, nie obchodzę ramadanu, ale nie jem wieprzowiny.
Mam siedmiu braci: dwóch to salafici – radykalni muzułmanie, jeden jest świadkiem Jehowy, dwóch głosuje na Front Narodowy. Zupełnie zwyczajna z nas francuska rodzina XXI wieku.
Moja mama sama wychowała ośmioro dzieci. W wieku 40 lat pierwszy raz w życiu poszła do pracy – zaczęła sprzątać w fabrykach. Rok wcześniej mój ojciec namówił ją, byśmy całą rodziną przeprowadzili się do Algierii. Zaraz po przyjeździe ukradł wszystkie nasze dokumenty. Wrócił do Francji i sprzedał wszystko, co znalazł w naszym mieszkaniu. Za te pieniądze w Algierii kupił sobię kolejną żonę. Teraz ma ich siedem. Mama spakowała nas i wróciliśmy do Francji, w konsulacie powiedziała, że zgubiliśmy papiery. Miałam wtedy dziesięć lat lat.
Nie widziałam taty od 1993 roku. W ciągu 25 lat napisał do mnie dwa listy. W pierwszym radził, bym wybrała zawód stewardesy, dzięki temu dobrze zarobię i będę mogła wysyłać mu pieniądze. W drugim oświadczył, że obiecał mnie na żonę jednemu ze swoich siostrzeńców. Gdy pokazałam ten list moim braciom, tylko się śmiali. Ale to było prawie 20 lat temu. Teraz moi bracia salafici kazaliby mi wyjść za mąż. Słowo ojca byłoby dla nich święte.
Ojciec był skurwielem. Bardzo złym człowiekiem. Co pamiętam z dzieciństwa? Że stoję w ciemnym korytarzu i trzęsę się ze strachu, bo tata goni za moim bratem z siekierą. To, że zniknął, było dla nas wybawieniem. Dzięki temu jestem wolna. Gdyby nie zostawił mamy, nigdy nie mogłabym pójść na studia.
Moja mama to wspaniała kobieta. Nie znam osoby o większym poczuciu humoru. Poznała mężczyznę, była z nim szczęśliwa, ale moi bracia nie pozwolili jej wyjść ponownie za mąż. Jeden tak bardzo się zdenerwował, że chciał ją uderzyć. Kazał jej wtedy założyć chustę, mimo że nigdy w życiu nie zakrywała włosów. To dlatego nie potrafię znieść patriarchatu. Nie dotyczy on tylko rodzin arabskich, tak samo zachowują się np. Włosi czy Hiszpanie.
Często się kłócimy przy rodzinnym stole. Moi bracia mówią na Francuzów „gwer”. To wyzwisko. Dwaj bracia, salafita i świadek Jehowy, mają białe żony. Ale nawet ich mieszane dzieci nie uważają się za Francuzów. Czy to jest normalne? Dwa lata temu prawie się pobiliśmy. Zaczęliśmy dyskutować o nowym prawie zezwalającym na małżeństwa gejów. Salafita i światek Jehowy skoczyli na mnie, że bronię chorych ludzi, bo według nich homoseksualizm to choroba, a geje powinni zostać zgładzeni. Zaczęliśmy krzyczeć i się przepychać. Wtedy moja mama walnęła ręką w stół i kazała się nam zamknąć. Ale to ona podsunęła nam ten temat. Zadała niewinne pytanie, co myślimy, i rozpętała burzę.
Lekcja 10. Klasa przygotowawcza Wszystko w moim życiu zawdzięczam francuskiej szkole. Do tzw. klasy przygotowawczej o profilu literackim, której celem jest jak najlepsze przygotowanie do egzaminów na uniwersytet, trafiłam dzięki nauczycielce francuskiego. Do egzaminów musiałam przeczytać 200 książek, a u mnie w domu oprócz Koranu była tylko ilustrowana encyklopedia, którą znaleźliśmy z braćmi na śmietniku. Któregoś dnia moja nauczycielka przyjechała samochodem na nasze ohydne blokowisko. W bagażniku miała kartony książek. Potem obwiozła mnie po wszystkich wydziałach politologii w regionie. Jej mąż był komornikiem, który kilka lat wcześniej zlecił konfiskatę mienia w naszym mieszkaniu. Jeden z moich braci spędził w sumie 14 lat w więzieniu. Za bójki, sprzedaż narkotyków, napad z bronią. Pamiętam, jak przyszłam do sądu zeznawać w jego sprawie. Płakałam, bo musiałam opowiedzieć o tym, co nas spotkało w dzieciństwie. O ojcu, który groził mu siekierą. O potwornej biedzie, której doświadczyliśmy, o tym, że codziennie jedliśmy w stołówce organizacji charytatywnej Les Restos du Coeur. Mój brat miał mi za złe, że mówię źle o rodzinie, ale ja chciałam go uratować przed kolejną odsiadką.
Większość kolegów ze szkoły nie rozumie mojego zaangażowania. Politycy zarzucają mi rasizm. Biali mężczyźni, którzy ukończyli najlepsze prywatne szkoły, chcą mnie uczyć, jak postępować z arabskimi dziećmi? Jak śmią myśleć, że wiedzą o wykluczeniu społecznym więcej ode mnie? Nie lubią mnie, bo nie mieszczę się w żadnych kategoriach. Jestem Arabką, ale nie noszę chusty. Jestem lewicowa, ale czasem moje propozycje zmian są skrajnie prawicowe. Mam do tego dystans, bo nie jestem biała tak jak oni. Nie pochodzę z bogatej rodziny, nie mam romantycznego wyobrażenia o różnicach społecznych. Mam w dupie poprawność polityczną. Mogę mówić rzeczy, za które oni zostaliby posądzeni o rasizm. Niektórzy Arabowie uważają mnie za zdrajczynię, przezywają batonem Bounty – czarna na zewnątrz i biała w środku. Mówią tak, bo według nich powinnam kochać nie Francję, ale Algierię. Ich też mam głęboko gdzieś.
W klasie przygotowawczej usłyszałam, że ze względu na mój „stan” powinnam pracować więcej od innych. Jako Arabka miałam pod górkę. Brakowało mi dyscypliny, nagła wolność uderzyła mi do głowy. We Francji od 15 lat działa z sukcesem specjalny tryb naboru do najbardziej prestiżowych uczelni dla licealistów z ZEP-ów, jego beneficjentką była m.in. minister edukacji Najat Vallaud-Belkacem. Nie miałam szans, bo się obijałam. Łatwiej było w liceum, gdzie wystarczyło tylko wykonywać polecenia nauczyciela. W moim arabskim domu nikt nie zachęcał mnie do samodzielnej nauki, odrabiałam zadania, bo musiałam, ale wolałam oglądać telewizję. Często zastanawiam się, co by było, gdybym wyrosła w innym środowisku. Żałuję, może teraz miałabym już dyplom, który pozwoliłby mi uczyć w liceum i szkołach wyższych. A tak jestem tylko zwykłą nauczycielką, jedną z 240 tysięcy we Francji.
sauce:http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,21300019,francja-nauczyla-was-bezczelnosci-jak-uczyc-w-arabskim.html
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.01.08 18:44 SoleWanderer Wyborcza.pl - Wywiad ze Stefanem Niesiołowskim

Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem - Stefan Niesiołowski mówi w rozmowie z Donatą Subbotko. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej DONATA SUBBOTKO: Pan profesor poluje? STEFAN NIESIOŁOWSKI: W życiu muchy nie zabiłem.
Na ścianie wisi pana zdjęcie z jakimś trofeum. – Z kaczką. Pozowane, aluzja do Kaczyńskiego. Ale że muchy nie zabiłem, to nieprawda. Zabiłem do badań naukowych.
A prezes powiedział kiedyś, że ma pan świetny życiorys. – Chyba dawno temu?
Potem mówił, że pan się stoczył. – Stacza to się pijak albo przestępca. Dla Kaczyńskiego każdy, kto go nie popiera, jest głupi albo podły.
Niesamowite wystąpienie Stefana Niesiołowskiego [WIDEO]
Może i pan powie o nim coś dobrego? – Nie chcę mówić o nim nic dobrego. Dlaczego?
Przyjaźniliście się. – Jakie to ma znaczenie? On się zmienił. Szkodzi Polsce. Nie powiem, że się stoczył. Po prostu wprowadza w Polsce dyktaturę. Jak Erdogan w Turcji, Łukaszenka na Białorusi, Putin w Rosji.
Moglibyśmy zadać kłam opinii, że pan zieje nienawiścią. – A co mnie obchodzą takie opinie? Pani czytała, co o mnie piszą, jak pokazują? W kaszkiecie NKWD. Albo między Berią, Stalinem, Hitlerem i Tuskiem. Niesiołowski oszalał! Do psychiatryka go! Wampir, morderca, czekista! Zbieram sobie co lepsze wycinki. Całe pudełko mam.
Musi być ogromne. – I oni mają prawo mówić, że zieję nienawiścią? Pani się na to łapie?
Pytam. – Ale tak pani mówi, jakby cień racji w tym był. Proszę przynieść „Gazetę Polską” i porozmawiamy. Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem.
Wszyscy, wrogowie Kaczyńskiego
(TELEFON)
– Co? Nie, no, walka jest o Polskę, o wszystko. To rak. Rak, który ma kolejne przerzuty. Co? Nie, nie można się załamywać. Polska przeszła zabory, okupację... Nie przesadzaj, przez jednego kurdupla nie przeżyjemy? No, jest to nieprzyjemne, też się czuję upokorzony... Tę wolność straciliśmy tak łatwo... No trudno, walka trwa, przyjacielu. Musimy iść do parku, poczekamy na wiosnę... Tak, tym razem w gumofilcach.)
To pan profesor jeszcze zbiera owady? – Niedawno motyle hodowałem, dla wnuczki. Zosia ma sześć lat. Kiedy się wykluły, mówi: „Było jajko, gąsienica, z gąsienicy poczwarka, a z poczwarki motyl – i to jest, dziadku, rozwój”.
Bierze pani np. gąsienicę rusałki z liści pokrzywy, trzyma ją w słoiku, po dwóch tygodniach powstaje z tego poczwarka, która pewnego ranka pęka. Najpierw widać czułki, głowę i następuje ten piękny moment, kiedy z poczwarki wychodzi motyl. Siada zmęczony, ze zwiniętymi skrzydłami. Po pół godzinie zaczyna je pompować. Wykonuje rytmiczne ruchy odwłokiem, skrzydła sztywnieją i po dwóch, trzech godzinach motyl jest gotowy do lotu.
Stefan Niesiołowski: Ten świat należy bardziej do owadów, niż do nas
Muchówki poszły w odstawkę? – Nie. Ciągle bardzo mi się podobają, chociaż dla ludzi są wstrętnymi robalami. Zajmowałem się wodnymi owadami. Prace magisterską i doktorską pisałem z meszek, habilitacyjną z muchówek Empididae (wujkowatych), które w Polsce były mało znane. Odkryłem około 20 gatunków, ale jak na grupę niezbadaną, to niedużo. Niektórym nadawałem nazwiska kolegów – w rewanżu. Mój kolega Andrzej Woźnica odkrył w muzeum pod Himalajami nowy gatunek muchówki z rodzaju Suillia , którą nazwał „niesiolowski”. Niemiecki badacz Rüdiger Wagner badał muchówki Psychodidae , po polsku ćmiankowate, i też zrobił mi niespodziankę, nazywając jedną Mormia niesiolowskii .
I jakie one są, te pana imienniczki? – Piękne.
Proszę sobie obejrzeć muchę pod mikroskopem stereoskopowym, powiększoną do wielkości filiżanki, kiedy widać strukturę muchy, pokrywającą ją chitynę, te czułki, włoski, żyłki. A gdy jedną z komórek powiększyć do wielkości tego pokoju, zobaczymy fabrykę, a w niej skomplikowane urządzenia. Tu coś przelatuje, tam się trzęsie, przędzie, nawija, kręci. Przy czym mucha ma takich komórek miliardy. Są tacy, którzy twierdzą, że biologia jest dowodem na to, że Pana Boga nie ma. Dla mnie – wręcz przeciwnie.
Mucha dowodem na istnienie Boga? – Życie w ogóle. Ta nieprawdopodobna komplikacja i celowość, przekazywanie genów. Teoria ewolucji to opisuje, ale nie daje odpowiedzi na pytanie, kto dał początek. Z tego względu trzeba szanować wszystko, co żyje. Nawet muchę.
A mucha ma duszę? – Nie. To znaczy: trudno powiedzieć. Dusza jest atrybutem, przynajmniej za taką uchodzi, boskiego dziedzictwa człowieka. Mucha nie ma boskiego dziedzictwa.
Skąd pan wie? – Nie wiem. Może stąd, że nie ma zachowań muchy, które dałyby się porównać do aktów wyższego rzędu. Chociaż w przyrodzie zdarzają się akty poświęcenia, np. instynktowne u ptaków. A słonie mają rytuał pogrzebowy podobny do naszego. Psy i koty też mają rodzaj więzi... No, ale duszą tego nazwać nie można. Bo co by się z tą duszą działo? Jaki w tym sens?
Musi być? – Wszystko chyba ma sens? Dusza zostaje po człowieku, a co niby te dusze po zwierzętach miałyby robić?
Inna sprawa, że mucha żyje na ziemi od milionów lat niezmieniona, są owady zatopione w bursztynie sprzed 40 mln lat, tymczasem Homo sapiens istnieje ledwie 150 tys. lat. Brytyjski geniusz Stephen Hawking wywróżył, że człowiek będzie żył jeszcze tylko tysiąc lat. A owady będą zawsze, chyba że meteoryt w nas uderzy.
Czyli jesteśmy tutaj gośćmi? Biblia mówi, że człowiek ma panować nad światem przyrody. – Gość też może panować, hitlerowcy przyszli do Polski i przez pięć lat panowali. W tym sensie panujemy, że żadne zwierzę nie jest w stanie nam zagrozić, chociaż jesteśmy bezradni wobec np. szczurów, karaluchów, kleszczy, pasożytów, tasiemców, glist, a także bakterii i wirusów. Są teorie, że na ziemi panują bakterie, ale przecież one nic nie tworzą. I jak wytłumaczyć fakt, że człowiek jako gatunek oddzielił się od pozostałych zwierząt i stworzył filozofię, kulturę, teologię, moralność? Choć pod względem fizycznym jesteśmy prawie nieodróżnialni, mamy 99 procent genów takich jak małpa, to jednak człowiek chodzi do zoo i patrzy na małpy, a nie odwrotnie.
To dowód na naszą przewagę? – Historia ludzkości to historia nie tylko przemocy, ale także pomocy i miłosierdzia. Świat to cudowna całość.
I jeden wielki łańcuch pokarmowy? – Duże fragmenty tego łańcucha nie są złe, miliony zwierząt jedzą rośliny. Nie oceniałbym tego w kategoriach dobra i zła.
Co, mieć do Pana Boga pretensje, że stworzył świat pełen agresji? No, to jest odwieczne pytanie, dlaczego – skoro Bóg jest dobry – jest tyle zła. Nie ma odpowiedzi.
Pytam, bo w polityce od lat pan się deklaruje jako katolik i obrońca wartości chrześcijańskich. – Proszę mnie nie łączyć z tym, co się dzisiaj dzieje z polskim Kościołem, który służy kłamstwu. Księża kłamią, o Smoleńsku na przykład. Udają, że nie dostrzegają ONR, nienawiści, a Duda jest dla nich zesłany przez Boga. Jeżeli kiedykolwiek mówiłem o Bogu, to na pewno nie o Bogu księdza Rydzyka i biskupa Depy.
Polski Kościół to Radio Maryja
No, ale był czas, że Kościół otwarty też panu średnio pasował, jako ten, który prowadzi do dechrystianizacji Polski. – Nie, to Kaczyński mówił kiedyś, że ZChN jest krokiem do dechrystianizacji Polski.
Pisał pan tak na początku lat 90. Różne rzeczy pan wtedy wygadywał. – Jakie? Wątpię, żebym coś kiedyś miał przeciwko Kościołowi otwartemu, to byłoby głupie. Niech pani poda jeszcze jakiś przykład.
Który? O lustracji, aborcji, Unii Demokratycznej, Adamie Michniku, Unii Europejskiej...? – Ja byłem przeciwny Unii Europejskiej? W życiu.
Mówił pan, że zagraża naszej tożsamości narodowej. – Nie było takiej wypowiedzi. Przeciwko Unii – nigdy.
I że katolicy będą prześladowani w Unii bardziej niż za komuny. – No, to może mówiłem, że trzeba uważać, ale nie żeby nie wstępować do Unii. Reprezentowałem w ZChN odłam liberalny. Macierewicz był ze mną w tym nurcie.
Aha. I nie chciał pan całkowitego zakazu aborcji? – Nigdy w życiu. Broniłem kompromisu aborcyjnego, byłem jednym z jego autorów. Jestem w polityce od 50 lat. Zasadnicza treść moich poglądów jest taka, jak była.
A poglądy na temat homoseksualistów – że to zboczeńcy? – Już bym tak nie powiedział, to obelżywe. Tak jak słowo „pederasta”, które w PRL normalnie funkcjonowało. Nawet u Fredry jest w znanym mi z więzienia wierszyku „Że nie udał się niewiastom,/ Dawał d... pederastom”.
Fakty są takie, że był pan narodowym radykałem, a... –...narodowym nie.
...a dzisiaj jest pan liberalnym demokratą, europejskim. – Tak, zawsze byłem.
Co to jest liberalizm w takim razie? – Byłem liberałem gospodarczym, natomiast w innych sprawach...
Tak, niektórzy z nas byli przeciwko Unii Europejskiej. Proszę mi nie przypisywać poglądów tej grupy, która ze mną w ZChN walczyła. Oni byli za całkowitym zakazem aborcji, Marek Jurek do dziś pozostał. Z trudem się mieściłem w tej formule, z trudem. Moje poglądy były i są konserwatywne obyczajowo, liberalne gospodarczo, prozachodnie.
Może mówi pan to, co prezentuje partia, do której pan należy? – Kłamstwo. Od lat prowadzę w Polsce wojnę o demokrację z przeróżnymi ludźmi – czy to KPN, czy to lewica. Konflikt kończę, gdy zagrożenie znika. Z Moczulskim mam świetne stosunki, na pogrzebie Oleksego byłem. PiS-owcy używają lustracji do walki politycznej, sięgają do rodzin, przodków. Obrzydliwe. Pytają, dlaczego nie walczę z komunizmem. Z kim walczyć? Mam nagrobek Oleksego zniszczyć? Dzisiaj lewica nie zagraża demokracji, w tym sensie lustracja jest zamknięta.
Józef Oleksy. Dobry komuch
A przed PiS-em ostrzegałem. Co o mnie mówiono? Że Niesiołowski za ostry. To teraz widzą, czy za ostry.
Że się zmieniam, to nie jest dla mnie zarzut. Mnie się kiedyś wydawało, że Kościół nie może szkodzić Polsce, teraz widzę, że szkodzi. Wydawało mi się, że kwestia demokracji jest rozstrzygnięta, a naród, który przeszedł komunizm, nie wróci do dyktatury – ale wrócił. I to jest dla mnie klęska – że nie potrafiłem obronić demokracji, że Polska stała się dyktaturą, a Kościół jest jej wspornikiem.
I nie jest pan już endekiem? – Nigdy tak o sobie nie mówiłem.
„Ja, stary endek”... – Żartowałem. Za starego się uważam, za endeka nie. Byłem wychowany w tradycji piłsudczykowskiej.
Myślałam, że w nacjonalistycznej. Pierwsze wspomnienie? – Na łące w Olechowie. Urodziłem się na wsi pod Łodzią, w Kałęczewie, w domu rodziny mojej mamy. Byłem tam tylko z rok i nic nie pamiętam. Mój brat Marek odzyskał ten dom i gdy chodzimy tam razem po ogrodzie, to czuję się tak dobrze jak nigdzie na świecie. Później przeprowadziliśmy się do Olechowa, dzisiaj to dzielnica Łodzi, bloki stoją, a ja pamiętam rzekę, łąkę, wiśnie. I krowę. Tata był inżynierem rolnikiem, pracował w Łodzi, ale mieliśmy trochę ziemi i rodzice kupili krowę, kury były.
A przedtem? – Mamy to ustalone do roku 1617, kiedy żył Franciszek Niesiołowski. Jesteśmy herbu Korzbok, trzy ryby. Chyba u Długosza rokowania z Krzyżakami w imieniu Jagiełly prowadził niejaki Piotr Korzbok. Wiadomo, że pochodzimy z Nowogródczyzny. Jest w „Panu Tadeuszu” o Józefie Niesiołowskim, wojewodzie nowogrodzkim: „Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary/ Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary,/ I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,/ I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim,/ A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze,/ Nikt go na polowanie uprosić nie może”. Widzi pani, ja dokładnie cytuję.
Rodzina ze strony mamy przyszła z Niemiec. Dziadek mojego dziadka Bronka w XVIII w. przyjechał do Łęczycy, gdzie jest pochowany. Schwan się nazywał, łabędź, dlatego zmienił się na Łabędzki. Chyba tkaczem był. Czyli ja Niemiec trochę jestem.
Żeby było zabawniej, Łabędzcy to radykalni polscy nacjonaliści. – Tak. Brat mamy, mój ojciec chrzestny Tadeusz Łabędzki, czyli ten Schwan właściwie, był przed wojną przywódcą Młodzieży Wszechpolskiej. Wujek Tadek oddał życie za Polskę, zamęczony w UB na Koszykowej.
„Żołnierz wyklęty”? – Tak, ale nie lubię tej głupiej nazwy. Niezłomny, jeśli już. Bo kto go wyklął? Zapowietrzony był, trędowaty? Wyklęty to jak przeklęty. Walczył z komunizmem i został zamęczony w śledztwie. Niemiec z pochodzenia, który oddał życie za Polskę. Taka ironia.
Żołnierze wyklęci, żołnierze przeklęci. Czyim bohaterem jest Romuald Rajs "Bury"?
Zwłaszcza że w czasie wojny był przywódcą MW i naczelnym „Wszechpolaka”. – Cała rodzina mamy była endecka. Ale to nie byli tacy durnie jak dzisiejsze ONR.
Zapał do czyszczenia Polski z Żydów mieli chyba większy? – Ale gdy się czyta ich pisma, poziom intelektualny był wyższy, to była partia profesorów.
Czy to nie gorzej? – Nie można sprowadzać endecji do getta ławkowego, rozbijania żydowskich straganów itd. Rzeczywiście, był wśród nich antysemicki motłoch, ale obok była i elita endecka, profesorowie. Wujek Tadek nie był tak radykalny, Młodzież Wszechpolska to nie był ONR Falanga Piaseckiego, który zajmował się burdami i biciem Żydów.
Przeglądał pan przedwojennego „Wszechpolaka”? – Powojennego, walczyli z komunizmem. Przedwojenne numery też niektóre mam...
I co? – No, Jędrzej Giertych tam pisał, dziadek Romana...
Tak, antysemityzm też był. Nie jest to chwalebny rozdział, ale nie da się endecji do tego sprowadzić.
Pan profesor już się denerwuje? – Ale o co chodzi? Nacjonalizm jest wypaczeniem, jeśli wiąże się z pogardą dla innych narodów, a u nas niestety tak się kojarzy – z żulami używającymi hitlerowskich symboli, bijącymi cudzoziemca za to, że ma inną skórę. Nie można ich stawiać u boku wujka Tadka, którego zakatowało UB. Dzisiejsi narodowcy natychmiast by czmychnęli w takiej sytuacji. Oni to mogą sobie pobić jakiegoś Bogu ducha winnego Murzyna na ulicy czy Hindusa, który pizzę roznosi. „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!” – krzyczą. Nie ma w Polsce syjonistów, czyli Żydów będą wyszukiwać i wieszać, tak? Sam dostaję listy: „Ty żydowska świnio, Aaronie Nusselbaum...”. To hołota, natomiast tamci pięknie zdali lekcję z patriotyzmu.
Oczywiście, próbuję tylko zrozumieć, skąd u pana te skrajne poglądy narodowo-katolickie na początku lat 90., czy to przez ten kult wujka... – Nie było żadnego kultu. Mało się o wujku mówiło, bo mama zaczynała płakać. Do 1956 rodzina myślała, że jest może na Syberii, aż przyszło pismo, że zmarł w śledztwie w 1946. W wolnej Polsce ustaliłem, że zakatowali go Humer i Różański, do procesu Humera doprowadziłem. Ale kultu nie było. Tylko nad łóżkiem mamy wisiały dwa portrety – mojego taty i wujka Tadka.
Jeśli mówić, że mój dom był narodowo-katolicki, to mogę się na to zgodzić, ale nie miało to nic wspólnego z twierdzeniem, że trzeba mordować mniejszości czy narzucać komuś wiarę. Teraz powoli Polska przestaje być katolicka dzięki PiS-owi. W tym sensie można powiedzieć, że walcząc z PiS-em, walczę o katolicką Polskę, chociaż to nie jest główny motyw tej walki.
Pan by wolał, żeby była jednolicie katolicka? – Byłoby dobrze. Wychowałem się w takiej tradycji i byłoby mi przykro, gdybym doczekał Polski, w której kościoły będą pozamieniane na muzea. Ale myśmy się w domu zatrzymywali przed granicą, którą była krzywda drugiego człowieka i łamanie demokracji. A dzisiaj to jest istotą ruchów narodowych, więc one nie mają prawa się powoływać na Kościół, religia chrześcijańska to religia miłości.
Dziadek i wujek Łabędzcy walczyli o wolną Polskę. Tata też – w 1920 z bolszewikami pod Warszawą, a w II wojnie był dowódcą kampanii AK pod Łodzią, pseudonim „Kurzawa”. Po wojnie wzywany na UB, nie robił kariery, bieda w domu była.
Pamiętam opowieści dziadka Bronka o Syberii – o przyrodzie głównie, na politykę byłem za mały. Mówił, że jak wrony siadają na czubkach drzew, to idzie mróz. W 1905, kiedy był nauczycielem, wywieźli go na Syberię za wywołanie strajku szkolnego w Łęczycy. Lubił opowiadać o tej podróży. Tak się interesował światem, że chciał jechać jak najdalej i aż do Czelabińska zajechał. Stamtąd uciekł – z powrotem przez Rosję – do Niemiec i Ameryki, dokąd przyjechała w 1908 r. panna Stefania Jezierska, moja babcia. W styczniu 1919 wsiedli na okręt – babcia w zaawansowanej ciąży – i wrócili do Łęczycy, gdzie 21 stycznia urodziła się moja mama. Potem kupili majątek pod Łodzią w Mrodze. Kiedyś zaszedł do nich mieszkający w okolicy 37-letni pan Janusz Myszkiewicz-Niesiołowski i poznał 20-letnią pannę Halinkę. Pobrali się w 1940. Cztery lata później się urodziłem. Miałem starszą siostrę Ewę i mam młodszego brata Marka. Imię dostałem po bracie dziadka, Stefanie. Barwna postać – wojowniczy, zawadiaka, przebierał się w stroje szlacheckie, jeździł na koniu i się wygłupiał. Rodzice mówili na mnie Stefula.
Był pan pyskaty czy to z wiekiem przyszło? – Najbardziej z naszej trójki. W szkole też mnie wybierali, żebym przemawiał. Potrafiłem się odszczeknąć.
Kiedy zacząłem czytać, zafascynowała mnie książka „Z życia owadów” Jeana Henriego Fabre’a. Zacząłem chodzić do muzeum przyrodniczego, wzięli mnie jako chłopca do segregowania owadów. A w domu hodowałem płoszczyce, topielice, pływaki żółtobrzeżki, larwy ważek, z larw ważki, motyle...
Jakieś inne obowiązki? – Jak każde dziecko: okna umyć na święta, chleb kupić, kapustę. W sklepie ser był tylko biały i żółty, masło niebieskie i czerwone, chleb razowy i pytlowy, bułka z przedziałkiem i kajzerka. Wszystko było proste. Dzisiaj wchodzę do sklepu i jestem bezradny, dostaję szału. Chleb ze śliwką, ze słonecznikiem, z ziarnami, z żurawiną, z makiem, z dynią – po jaką cholerę? Pięćdziesiąt serów – który wybrać? Bym się może zastanowił, czy walczyć z komunizmem, gdybym wiedział, że to mnie doprowadzi do takich dramatów. Te gigantyczne sklepy! Chodzę po tych przestrzeniach i nie umiem niczego znaleźć. Zawsze kupuję źle – patrzę na innych i mam wrażenie, że kupili lepiej, ja nieudolnie, więc wyrzucam, co mam w koszyku, i wrzucam znowu, wzorując się na innych. Przede mną tymi kartami płacą, to się wszystko zacina. Boże, kto to wynalazł?
Pan nie płaci kartą? – Nigdy, nienawidzę tego. A te rachunki jakie są idiotyczne! Jakieś przelewy wymyślili. Gdy przychodził listonosz, źle było? Odliczał, naślinił, a gdy tak odliczał coraz wolniej i wolniej, ja w pewnym momencie mówiłem: „Już dziękuję”. On brał resztę, ściskał mi rękę i podawał ołówek kopiowy, żebym się podpisał. A teraz jakieś absurdalne konto. Komu to potrzebne? Komu tamto przeszkadzało? Że obalałem PRL, to oczywiście dobrze, ale niektóre skutki uboczne zwycięstwa boleśnie odczuwam.
Czyli coś pana łączy z dawnym kolegą Jarkiem. To może teraz jakieś wspomnienie? – Przyjaźniliśmy się, i to z dziesięć lat. Ale jakie to ma znaczenie? Nie warto nim się zajmować, z nim trzeba walczyć.
Myślałam, że jednak obalimy pana opinię pieniacza. – Jeśli ktoś ma o mnie taką opinię, to jego sprawa, ja się nie awanturuję.
Nigdy nie puszczają panu nerwy? – Nigdzie, nigdy. Nie przypominam sobie niczego, co by można nazwać pieniactwem. Ordynarnych słów też nie używam.
Czyli pan ma siebie za człowieka łagodnego? – Raczej tak, chociaż potrafię się zdenerwować i odpowiedzieć. To łagodność przeplatana ostrymi sformułowaniami. Że porównuję ludzi do zwierząt? O nas się mówi: „mordercy, komuniści i złodzieje”. Czym jest przy tym porównanie kogoś do nutrii albo piżmoszczura?
Człowiek ma wspólnych przodków z małpą, widać w nas zwierzęce cechy. W Sejmie też jeden mi przypomina bociana, drugi wieprza, inny jest niedźwiedziowaty, pewna posłanka ma rybią twarz, a taki dość znaczący poseł to szczurolis albo lisoszczur, trwają w tej sprawie spory.
A coś miłego? Tu możemy po nazwisku. – Coś z zaleszczotka świerzbowca ma poseł Tarczyński – ten, co powiedział do Wałęsy: „Zapraszam cię na solo, bydlaku”.
Gdy ktoś na takim poziomie się wymądrza, mówi o patriotyzmie, to uważam, że po to jestem, po to siedziałem w więzieniu, przeczytałem tyle książek, żeby replikować. Chyba więzienie dało mi odwagę, że nie boję się powiedzieć czegoś, co powoduje ryk i protesty ludzi, którzy nie zasługują na to, żeby ich protesty uwzględniać.
Jeszcze raz: coś miłego? – To niech będzie Gasiuk-Pihowicz – ma coś z sikorki.
Nie oddam sejmu bez walki. Rozmowa z Kamilą Gasiuk-Pihowicz
A pan z kogo coś ma? – Jako nietoperz byłem w tej szopce „Polskie zoo”, ale czy ja mam cechy nietoperza?
Może pan profesor spija krew po nocach? – Nawet kaszanki nie tykam. Mięso mi nie smakuje, wolę warzywa i owoce. Jeżyny, wiśnie czarne, zupy, lane kluski i kogiel-mogiel, taki jak mama robiła. Ale mam w swojej kolekcji – tej w pudełku – wycinek z gazety: na ulicy leży jakiś człowiek przejechany, a ja piję jego krew. To jest dopiero nienawiść. PiS używa najgorszych określeń: „gestapo, gorszy sort, zdrajcy”, a gdy ja porównałem Dudę do Maliniaka, rozpętało się piekło. Wielu dziennikarzy przyjmuje narrację PiS. Powiedziałem, że jeśli jeszcze raz porównają nas do komunistów, to będę ich porównywał do nazistów. Mówią, że trzecie pokolenie AK walczy z trzecim pokoleniem UB – czyli ja jestem trzecim pokoleniem UB?
To nie spotyka się z żadnym odzewem, jakby media do tego się przyzwyczaiły. PiS rządzi m.in. przez dziennikarzy. Znaczna część ludzi przyzwoitych okazała się bezradna wobec tej propagandy.
Andrzej Duda, człowiek z mgły
Albo wolą inny styl dyskusji. – I dlatego my możemy być targowica czy gestapo? Mam pretensję do dziennikarzy – o bezradność, płyciznę, brak diagnozy. Dlaczego nie opierają się bredniom o żołnierzach tzw. wyklętych? Dlaczego nie mówią, że Komorowski pierwszy przywrócił pamięć tych ludzi? Jak można przyjmować tezę, że to Lech Kaczyński przypomniał o powstaniu warszawskim? Sam obchodziłem rocznicę powstania w 89 roku, wszystkie kolejne rządy obchodziły. A 11 listopada świętowałem już w komunie. Napis: „Katyń” namalowałem na pomniku przyjaźni polsko-radzieckiej w 1964 czy 1965... A dla „wSieci” i „Gazety Polskiej” to ja jestem właściwie synonim komunizmu.
Kiedy prokurator Piotrowicz krzyczał: „Precz z komuną!”, to pewnie też do pana? – Gdy jeździłem pociągiem do Poronina, planując wysadzenie pomnika Lenina, to ani jego, ani nikogo z PiS nie było na peronie. Kaczyńskiego tam nie widziałem. Przepraszam, może w drugim wagonie jechał. Z Ziobrą, Sakiewiczem, Karnowskim i Gmyzem. Jak słyszę Ziemkiewicza, bohatera antykomunizmu, to mi się niedobrze robi. Gdzie był wtedy? Miał okazję zrobić coś w tamtych czasach, wykazać odwagę, każda tego typu akcja była szalenie niebezpieczna. Nie widziałem też Dudy. To nic, że oni byli za młodzi, ważne, że ich tam nie było. Pokazuję ten absurd. Jak malowałem na pomniku napis „Katyń”, nie było Terleckiego, który by powiedział: „Popilnuję, Kostuś, żeby cię nikt nie złapał, będę ci puszkę z farbą trzymał. A potem przyniosę rozpuszczalnik, bo żeś się ochlapał trochę”.
„Kostuś” mówią do pana tylko ci, którzy znali pana z podziemia. – Kuroń tak mówił, Geremek... Coraz mniej takich. Najbardziej lubię, jak słyszę od Michnika: „Dobrze im powiedziałeś, Ko-ko-kostku”. To mój pseudonim z Ruchu, Andrzej Czuma do dzisiaj tak mówi.
W Ruchu mieliście utopijny wówczas program pełnej niepodległości Polski i spektakularne akcje. Zrzucenie z Rysów tablicy ku czci Lenina to pana pomysł?
– Plany wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum Lenina też były moje. Wolałem działać, niż mleć ozorem. Tablica to był łatwy cel. Chociaż teraz co chwila ktoś spada z Rysów. A ja wtedy szedłem w nocy, z latarką.
Dzień po wejściu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. – Musiałem tam wejść, kiedy nikogo nie było, czyli w deszczowy dzień. I późno, a schodzić w nocy, co jest niebezpieczne. Poszedłem z kolegą, tablica była wielkości drzwi, ciężka, odkuliśmy ją od góry, potem się huśtała, huśtała i spadła. Po dłuższej chwili rąbnęła o skały, pewnie do dziś gdzieś leży. Chcieliśmy niszczyć symbole, nie strzelać.
Ale były jakieś małe napady, kradzieże. Skąd ta brawura? – Nie wiem. Teraz bym chyba umarł na serce, gdybym miał iść podpalić muzeum albo kraść. Wtedy brałem od portiera klucz i wynosiłem maszynę do pisania. Myśmy nie używali słowa „kradzież”, tylko „ekspropriacje” – PPS i Piłsudski tak mówili o swoich napadach. Uważaliśmy, że mamy prawo zabierać mienie państwowe. Wydawaliśmy ulotki, pisma i rozwoziliśmy po kraju, chociaż społeczeństwo było raczej bierne, zastraszone, popierało komunistów. A jeśli nie popierało, to nie widziało szansy na zmianę sytuacji. Ja też nie, to wszystko było desperackie.
Rodzice jak reagowali? – Nic nie wiedzieli, tylko że w góry z bratem jeździmy. Dowiedzieli się dopiero, jak esbecy przyszli po nas do domu rano 20 czerwca 1970, czyli dzień przed akcją wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum. Potem zobaczyłem rodziców po półtora roku, na procesie. A kiedy przyjeżdżali do Barczewa na widzenia, uspokajałem: wrócę do pracy, nie przejmujcie się. I wróciłem, głównie dzięki mojemu przyjacielowi, dzisiaj profesorowi, Krzysztofowi Jażdżewskiemu.
Kiedy rozmawiałem z ludźmi, którzy wiedzieli, że walczę z komunizmem, mówili: nigdy nie wygrasz, nic się nie da zrobić, Rosja ma armię... Gdy trafiłem do więzienia, uznałem, że mieli rację. Dopiero gdy wyszedłem jesienią 1974 i spotkałem Kuronia, Michnika, Lityńskiego, którzy się organizowali, pomyślałem sobie: Boże, ile byśmy dali, żeby znać takich ludzi, gdy byliśmy w Ruchu. Myśmy wyszli z więzienia do innej Polski. Kiedy nas zamykali, blisko nas nie było nikogo, kto by myślał o walce. To był rodzaj dziwactwa, jakby ktoś walczył z powszechnym ciążeniem. A tu nagle poznałem środowisko wprawdzie różniące się od nas, ale wolnościowe.
Chyba zbyt liberalni byli jak dla pana? – Był potem spór między nami – ROPCiO a KOR-em – o to, że oni nie stawiali na ostro postulatu niepodległości, tylko chcieli stopniowo walczyć o coraz więcej wolności i demokracji. Ale do Kuronia miałem sentyment, prawy człowiek, fascynujący intelektualnie. Miał rację, żeby nie palić komitetów, bo ja jednak chciałem, ale emocjonalny był może nawet bardziej ode mnie. Na moim ślubie był. Mam z tego film, ale nie mogę oglądać, za dużo na nim ludzi, którzy już nie żyją: mama, siostra, tata, rodzina żony, Jacek Kuroń, mecenas Szczuka, z połowa ludzi.
Przyjaciele z KOR-u. Dlaczego teraz się nie lubią? Rozmowa z Ludwiką i Henrykiem Wujcami
Kiedy poznałem Jacka i innych, poczułem, że warto było siedzieć. Zresztą tych młodszych to już widziałem na naszym procesie: Karpińskiego, Michnika...
O więzieniach mało mówię, ten rozdział zamknąłem. Skazali mnie na siedem lat, tak jak Andrzeja Czumę, wyszliśmy po czterech. Początkowo liczyłem się z tym, że może być i wyrok śmierci, takie były czasy. Pierwsze dni po aresztowaniu człowiek jest przestraszony, myśli w kategoriach samobójczych...
Myślałem: Boże kochany, zginę w tym więzieniu. Z wycieńczenia, chorób. Ale po kilku miesiącach już się uspokoiłem. Tylko co robić z czasem? Nad jeziorem kwiaty się zmieniają, w kwietniu drzewa w sadzie są białe, czerwiec to już przekwitają, w lipcu gorąco, jesień... A tu nic się nie zmienia, życia nie ma.
Ale muchy chyba były? – A co one mają robić w więzieniu? Były tylko pluskwy, wszy, karaluchy, a muchówki żadne nie przylatywały – do czego? Szczura pamiętam, jak się pluskał w kiblu, gdy mnie wsadzili do karnej celi dyscyplinarnej.
Z więzienia zostało mi wiele zabawnych opowieści. Pewien więzień twierdził, że był pod Grunwaldem. „A jak to było z tym wielkim mistrzem krzyżackim? – pytam. – Bo na obrazie Matejki to takie zagmatwane: Litwin zamachnął się toporem, Polak mieczem, Kozak dzidą, ale kto naprawdę zabił von Jungingena?”. A on tak się podniósł, spuścił nogę, bo na łóżku leżał, i mówi: „Kostuś, ja w taborach byłem”. Geniusz.
No to jeszcze. – Takie historie to do rana mogę... Prosili mnie, żeby im rysować drapieżne zwierzęta: skorpiona, lwa czy orła, tylko takie tatuowali. Rysowałem na kartce, brał to tzw. dziardziacha, przerysowywał na chusteczkę i przez chusteczkę nakłuwał skórę. Śmieszność polegała na tym, że miałem uznanie jako rozstrzygacz sporów intelektualnych: kiedy skończyła się pierwsza wojna, kiedy druga, a po co jest Jowisz, tego typu. Raz hanysowi ze Śląska tatuowali na łopatce smoka. Wszedł stary recydywista i mówi: „Hanys, nie takie są smoki”. Zrobiła się poruta. Bo co dalej, jak chłop ma już pół łopatki wytatuowane? „Kostuś, jak to jest ze smokami?”. I co im powiedzieć – że w ogóle smoków nie ma? Nie mogę. Co drugi więzień ma smoka, no to jak nie ma? W końcu mówię: „Dzisiaj takich nie ma, ale kiedyś były”. To ich uspokoiło.
Raz mnie posadzili z psychopatą. 25 lat za morderstwo miał. Palił w nocy słomę w sienniku i krzyczał: „Walcz, Zeusie!”. Mogliśmy spłonąć, zanimby przyszli strażnicy. Bałem się zasypiać. Wystawiłem na korytarz miski i rozpocząłem głodówkę. W końcu go zabrali.
Miał pan jakąś literaturę patriotyczną podnoszącą na duchu, coś tego typu? – Coś Wyspiańskiego miałem, Norwida – o tym, że „Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,/ Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,/ To już ja wolę tę panslawistyczną,/ Co pod Moskalem na wieki zostanie!”. I teksty piosenek, najbardziej Agnieszkę Osiecką lubiłem. Poznałem ją już po wyjściu – kiedy siedziałem, podpisała apel do władz w obronie Ruchu i pojechałem jej podziękować.
Pisała dokładnie tak, jakbyśmy bywali w tych samych miejscach. „Zielono od marzeń – my,/ na kładce i w barze – my./ Do pary, nie w parze,/ bezsenni żeglarze, na całych jeziorach – my”. Pamiętam te kładki, te bary, gdzie były trzy dania na krzyż, ale na Mazurach wszystko smakowało, gdy się miało 20 lat.
Albo piosenka o dziewczynie w niebieskim szaliku: „Lecz myślę czasami o tamtej dziewczynie,/ Jak piła gorące mleko./ I nieraz chciałbym aby tu była/ Może to miałoby sens./ Jak ona śmiesznie to mleko piła/ Gapiąc się na mnie spod rzęs...”. A zaczynało się: „Są małe stacje wielkich kolei,/ Nieznane jak obce imiona,/ Małe stacje wielkich kolei,/ Jakiś napis i lampa zielona”. Mnie to było bliskie, te małe stacje to mój świat, w podziemiu ciągle jeździłem z „Biuletynami”. Ile ja przesiadywałem na dworcach, pijąc cienką herbatę, bo nie miałem pieniędzy, żeby się najeść?
Pan to zna na pamięć? – Osiecką chyba całą. Ona opisała wszystkie moje emocje. Za pomocą paru zdań potrafiła też nakreślić całą Polskę Ludową.
Siedziałem trochę ze szpiegiem, Cichy się nazywał, i on mi tłumaczył zagraniczne piosenki, które puszczali nam przez tzw. betoniarę, głośnik. Podobał mi się zwłaszcza hit „Mamy Blue” po francusku, ale to nie to co Osiecka.
Można pomyśleć, że w tym Barczewie całkiem wesoło było, a to nieprawda. – Wzrok mi się tam pogorszył, dzięki czemu później swoją żonę okulistkę poznałem. Zębów trochę straciłem, ale całe życie chorowałem na zęby, w więzieniu to szczególnie gorzkie doświadczenie. Na samą myśl mam dreszcze. Dentysta to najpotężniejszy mój lęk. Kiedyś wystarczył jeden ruch dentysty, a już wiedziałem, co będzie robił. Dla mnie najcudowniejsze słowa na świecie to: „Matka Ojczyzna” i „fleczer, proszę”. Gdy dentysta prosił o fleczer, wiedziałem, że kończy. Chętnie dłużej porozmawiam o zębach, mam dużą wiedzę na ten temat.
Spotkał pan kiedyś tego, który was wydał? – Tak. Z dziesięć lat temu. Na jakimś spotkaniu w Gdańsku podszedł i się przedstawił.
Jak gdyby nigdy nic? – Nie wiedział, że ja wiem.
I co, rzucił się pan na niego? – Nieee, starszy ode mnie człowiek, normalnie rozmawiał. Dawał do zrozumienia, że niby razem żeśmy walczyli. Wszystkiego mogłem się spodziewać w życiu, ale nie tego, że ten człowiek do mnie podejdzie. A skoro podszedł, mógłby przeprosić. A on, że coś nas łączy, pan nie wie co. Wiedziałem. Poszedłem do organizatora z pytaniem, po co go ściągnął. Dyskretnie. Wyprosił go i więcej nigdy człowieka nie widziałem. Nazwiska nie wymieniam.
Wybaczył pan? – Tak, a co tam. Doniósł na całą naszą organizację, dobrowolnie, za pieniądze – i pojechał za to nad Morze Czarne. Ale nie potrafię długo chować złości. Nie prowadzę żadnych wściekłych wojen. Chrystus wybaczył łotrowi na krzyżu. Nieudolnie próbuję się na tym wzorować. Tak rozumiem chrześcijaństwo.
Polska jest wolna. Po co mam walczyć dzisiaj z komunistami, skoro przestali być groźni? Poza tym nie dlatego z nimi walczyłem, że byli komunistami, tylko dlatego, że szkodzili Polsce. Okrągły Stół to załatwił – oddali władzę pokojowo. Był czas po 1989, że znów z nimi wojowałem, dlatego że próbowali monopolizować władzę, ale i to się skończyło. Kiedy Kaczyński odejdzie lub przegra, też mogę z nim wymieniać poglądy. Natomiast dopóki niszczy Polskę, to jako polski patriota przeszkadzam niszczyć mój kraj.
Twierdzenie, że jestem pełen nienawiści, jest kłamstwem. Gdybym był chodzącą nienawiścią, ludzie by mnie nie wybierali.
Kiedy Kaczyński powiedział o pana postawie w śledztwie – że 13-letnie dziewczynki na gestapo wytrzymywały tortury i nie sypały, a pan tak – jak pan się czuł? – Kaczyński nie jest w stanie mnie dotknąć, bo ja naprawdę walczyłem, a on nie. Mówienie, że małe dziewczynki wytrzymywały tortury, a ja nie, jest w odniesieniu do mnie idiotyczne. Nie miałem żadnych tortur, nie musiałem niczego wytrzymywać.
Stan wojenny. Jak się żyło w internacie
Nie straszyli, nie szantażowali? – Straszyli wysokim wyrokiem i że nie wyjdę żywy z więzienia. Ale nikt mnie nie bił. Po prostu składałem zeznania, które wydawały mi się dobre w tej sytuacji. Generalnie mówiłem to, co oni już wiedzieli. Chcieli, żebym się przyznał do chęci obalenia ustroju i że Ruch był inspirowany z zewnątrz, przez akowców, przez Kościół – odmówiłem. Przyznałem się do chęci podpalenia muzeum w Poroninie i do tego, co wiedzieli. Teraz w ogóle odmówiłbym zeznań. Na to wtedy stać było m.in. Andrzeja Czumę i Joannę Szczęsną. Ale moje zeznania są przyzwoite, nie powiedziałem im nic nowego. Zresztą ja się z tego rozliczyłem. W 1989, w książce „Wysoki brzeg”.
Jednak wydawało się, że słowa Kaczyńskiego uderzyły w pana czułą strunę. – Eee, Macierewicz też niedawno mnie wyklął: „Wymazuję z pamięci nazwisko tego człowieka!”. Natychmiast przypomniałem sobie piosenkę Starszych Panów w wykonaniu Łazuki i Kraftówny „Przeklnę cię, jeżeli mnie porzucisz/ Przeklnę cię, gdy się do innej zwrócisz/ Przeklnę cię”. Podobne uczucia wywołał we mnie Kaczyński, który chciał ze mnie zrobić donosiciela, ale mu nie wyszło. Jego zarzut opierał się dodatkowo na błędzie, że byłem TW „Leopold”, podczas gdy chodziło o kogoś innego, nawet Gontarczyk o tym pisał.
Do prawicowej prasy to trafiło i zostało. – No to co ja poradzę? Kaczyński nie może mnie obrazić, bo jest tchórzem, który chowa się za innymi, nie ma odwagi politycznej. Egzamin z tej odwagi zdawało się w okresie komunizmu i on go zdał średnio, chociaż nie można powiedzieć, że nie zdał w ogóle, bo nie poszedł na współpracę. Dotknąć mnie mogą słowa ludzi, których cenię.
Gdy Geremek powiedział mi coś przykrego, to przeżywałem. Rok byłem z nim internowany. Ale po 1989 byłem z nim w politycznym konflikcie, który przenosił się na stosunki osobiste. Geremek reprezentował koncepcję, że Obywatelski Klub Parlamentarny ma być jednością, a ja chciałem już budować inną partię. Geremek – że to za wcześnie na podziały. Dlatego nie poparłem go na szefa OKP. Pamiętam, jak mi powiedział z żalem: „Kostusiu, strasznie się zmieniłeś”.
A pan co? – „Przepraszam, Bronek”. Burzyłem coś, co on tworzył, ale co moim zdaniem nie dało się utrzymać. W końcu on miał Unię Demokratyczną, a ja ZChN. Rozeszły się nasze drogi, a zeszła się moja droga z Kaczyńskim, w polityce tak jest.
Z wieloma współinternowanymi pan się wtedy rozszedł. – Geremek, Mazowiecki, Komorowski, Drawicz, Woroszylski, Amsterdamski... Większość nie żyje, a i tak są prześladowani, niszczeni. Najpierw byłem w pokoju z Julianem Kornhauserem, dzisiaj teściem Dudy. Wielka klasa połączona z delikatnością. Nigdy nikogo nie obraził, świetnie się z nim dyskutowało. W sumie żałowałem, że wychodził. A nas przewieźli z Jaworza do Darłówka, gdzie siedziałem m.in. z Januszem Szpotańskim. To była tzw. cela szyderców. Ośmieszaliśmy fanatyzm religijny i kolegów, którzy co chwila obchodzili jakieś rocznice.
Pan szydził z fanatyków religijnych? – Że noszą krzyże na piersiach z napisem: „internowany”, że patriotyczne napisy wieszają na oknach. Kpiłem, żeby powiesili je na parapetach, bo myszołów włochaty, który jest ich jedynym czytelnikiem, musi skręcać głowę.
Miałem swój wkład w tekst Szpotańskiego „Pan Karol i Kostuś” o mnie i Karolu Modzelewskim. Zaczyna się tak: „Pan Karol – polityk o sławie światowej/ mąż stanu, budziciel sumienia;/ a Kostuś – prowincjusz spod lachy grobowej,/ pokątny intrygant i pieniacz”.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.09.13 11:42 ben13022 Tylko frajerzy wierzą w demokrację. Ziemowit Szczerek podróżuje po Rosji.

Geopolityka przeżywa swój renesans - można zacząć się martwić o losy świata. W Rosji zieje z każdej strony. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej Jadę z Sankt Petersburga na południe, do Nowogrodu Wielkiego. Dawnej stolicy nowogrodzkiej Rusi, kupieckiego państwa, które w obiegowej opinii robi za coś w rodzaju rosyjskich demokratycznych Aten - zakładając, że Moskwa to zamordystyczna, wojskolubna Sparta.
"Co by było, gdyby to Nowogród zjednoczył Ruś, a nie Moskwa?" - to jeden z ulubionych rosyjskich tematów rozważań "co by było, gdyby". Coś jak polskie "co by było, gdyby Polska wygrała z Hitlerem w 1939 roku?" czy "co by było, gdyby nie było zaborów?".
Nowogród, piszą jego apologeci, był republiką. Bogatą i cywilizowaną, w której już w XV wieku działały wodociągi, a poziom analfabetyzmu był niski jak nigdzie indziej w szeroko pojętej okolicy. Mieszkańcy nie mówili o nim po prostu Nowogród, nazywali go Nowogrodem Wielkim. Albo nawet Panem Nowogrodem Wielkim.
Jego obywatele byli handlarzami kontaktującymi się ze spokojną, rzeczową Skandynawią, a nie zdobywcami z rozmytych granic azjatyckich pustkowi. Gdyby to Nowogród podbił Moskwę, Rosja byłaby innym krajem. Tak się mówi. Wolnym, silnym i odpowiedzialnym.
Ale tak nie było. Nowogród czuł na plecach, od wschodu, coraz gorętszy oddech rosnącej w siłę Moskwy. Słyszał powarkiwania. Próbował się ratować, między innymi zwracając się o pomoc do polsko-litewskiego państwa, ale nic z tego nie wyszło - w 1478 roku armie Iwana III Srogiego zdobyły miasto i zniosły jego ustrój. Niecałe 100 lat później Moskwa zadała drugi cios: Nowogród najechał kolejny Iwan, tym razem Groźny, masakrując mieszkańców.
To był koniec bałtyckiej, zamożnej Rusi.
Autobus nazywa się Golden Dragon. Wolno się wlecze przedmieściami Petersburga, a ja patrzę, jak faceci z elektrycznymi kosiarkami ścinają trawę przy świeżutkich chodnikach. Jadę i patrzę na kraj wyasfaltowany, przystrzyżony i wymalowany grubą warstwą farby - bo w ten sposób, od Mołdawii, przez Ukrainę i Białoruś, po Rosję - przeprowadza się rewitalizację. Tak działa słynny deal władzy z ludem: my dajemy wam poczucie, że dbamy i się opiekujemy, a wy nie ładujecie się nam do poważnych spraw, między polityczną wódkę a gospodarczą zakąskę.
W autobusie czytam książkę, którą kupiłem na dworcu. O geopolityce, bo teraz wszyscy w Rosji interesują się geopolityką. Nie tylko w Rosji zresztą.
A gdy geopolityka przeżywa renesans - można zacząć się martwić o losy świata. W Rosji geopolityka zieje z każdej strony: z wystaw księgarni, z rozmów w kawiarniach. To, co kupiłem, to geopolityka dość brukowa, by nie powiedzieć - szmatława. Autor nazywa się Nikołaj Starikow i chciałem go poczytać, bo z tego, co wiedziałem, reprezentuje punkt widzenia przeciętnego taksówkarza, urzędnika, efesbeka, emeryta - czy innego speca od geopolityki, historii i ekonomii.
Geopolityk Starikow pisze na przykład tak: "Geopolitycznych graczy na planecie jest czworo: USA plus Wielka Brytania (Anglosasi), Europa z Niemcami i Francją na czele, Chiny i Rosja. Światowy hegemon właściwie podporządkował sobie wszystkich Europejczyków, których suwerenność jest skrajnie ograniczona. Amerykańskie bazy wojskowe w Niemczech stoją jak wkopane w ziemię, podczas gdy nasza armia z Niemiec już dawno wyszła. Przed kim USA bronią dziś Niemców? Przed Polską, członkiem NATO? A może przed członkiem NATO - Francją? Odpowiedź jest oczywista: armia USA chroni w Niemczech interesy USA".
  • Dziesięć minut przerwy! - ryczy szofer i zatrzymuje się na parkingu pod motelem połączonym z restauracją.
Chcę skorzystać z restauracyjnej toalety, ale komisyjnie odmówiono wydania mi klucza, bowiem kupiłem tylko pierożek z grzybami, a to za mało, by stać się pełnoprawnym klientem. Zasugerowano toaletę publiczną bądź krzaki. Zlitowano się jednak w końcu nade mną, dała o sobie znać słynna rosyjska dusza, i wpuszczono.
Sikam, patrząc to na wszechrosyjski napis upraszający klientów o niewrzucanie zużytego papieru toaletowego do sedesu, to na stojące obok pudełko pełne obesranej bumagi.
W Nowogrodzie świat już inny. Tu już nikt nic nie kosi ani nie maluje, a bloki się rozłażą jak wszędzie w Poradziecji. A w powietrzu unosi się ciągłość. Przy ul. Petersburskiej wznoszono taki sam budynek jak te z 50. i 60. lat, które stały obok. Z jednej strony stoją dźwigi, z drugiej na balkonie wisi już pranie, a starsza kobieta idzie w stronę drzwi objuczona siatami, jak było przed wiekami, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
W miejskim autobusie jakaś pani ochrzania bileterkę, że zbyt szybko do niej podeszła.
  • Jeszcze nie usiadłam! - krzyczy.
Bileterka cichym, nienawistnym głosem informuje ją, że jest głupia i że jeśli biletu nie kupi, wezwie policję. Po chwili na bileterkę wrzeszczy cały autobus. Kierowca nie określa się po żadnej ze stron: co jakiś czas wychyla głowę z szoferki, krzycząc, że ma kij i zaraz może go użyć.
Facet, który zagadnął mnie w autobusie, widząc, że czytam Starikowa, ma na imię Dima. Zagadnął, bo sam też czyta Starikowa. I się z nim entuzjastycznie zgadza. Stereo: Starikow pcha mi się do głowy przez oczy, a Dima przez uszy. Wysiedliśmy, a on ciągle opowiada. Że wszystkie te "gówniane wartości", którymi kieruje się Zachód, to gra. Dima twierdzi, że przeznaczeniem Rosji jest porozumienie z Niemcami i Chinami, i wspólne rzucenie wyzwania USA.
Dima gada i gada, a ja zapytałem go o Nowogród: czy nie szkoda mu, że podbiła go Moskwa? Historia mogła być zupełnie inna.
Dima mruga oczami i ścisza głos. - Moskwa celowo próbuje upokorzyć Nowogród - syczy. - Żeby jego potęga już nigdy nie wzrosła!
  • Serio? - pytam, patrząc na Dimę, obawiam się, jak na idiotę.
  • Jasne! - odpowiada. - Zobacz, jaka tu bieda! I jak trudno dojechać, mimo że Nowogród przy głównej drodze Petersburg - Moskwa! A do Moskwy jeden pociąg, do Pitra kilka, kilka autobusów na krzyż... I teraz my - biedna, mała prowincja, a Moskwa - ot, stolica! Ale, przyjacielu, Moskwa trzyma nas pod butem, bo się nas boi!
  • Ale - pytam skołowany - czego się boi? Tradycji nowogrodzkiej demokracji?
Teraz Dima patrzy na mnie jak na idiotę.
  • Jakiej, nachuj, demokracji? - pyta. - Ty co, frajer, że w demokrację wierzysz?
Dima poszedł, a ja zostałem z tą jego spiskową teorią, w którą, jeśli się wprawiło mózg w tryb działania lekkiej paranoi, można było nawet od biedy zacząć sobie powierzywać.
Bo jeśli patrzeć na wszystko tak, jak patrzą zwolennicy spisków, to na przykład tak: najprostsza droga z dworca na kreml, symbol nowogrodzkiej potęgi, zastawiona jest wielkim obeliskiem z moskiewskim dwugłowym orłem na czubku. Pomnik wojennej sławy. Wokół niego poustawiano płaskorzeźby pokazujące wszystkie historyczne momenty, w których Nowogród przelewał krew: od odparcia wojsk włodzimiersko-suzdalskich, bitwę Aleksandra Newskiego z Teutonami na jeziorze Pejpus, przez opołczenie przeciw Napoleonowi, aż po wyzwolenie z rąk niemieckich w czasie II wojny. O masakrze z rąk któregokolwiek z Iwanów - ani słowa.
  • Przypadek? Nie sądzę - szepcze mi w mózg mój wewnętrzny Dima, a z głośników zamontowanych na pomniku sączy się wojenna rosyjska opowieść o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.
Kreml jest odpacykowany i wygląda jak mumia umarłego państwa wystawiona turystom na żer. Przeszedłem przezeń i idę za rzekę, w stronę dzielnicy, która w starym Nowogrodzie była jego handlowym centrum. Teraz są tam park i niewielkie domki. Wołchow, rzeka, gigantyczna, wielka, jak muskularne ramię. Na moście stoi kilku starszych facetów i łowi ryby. Pytam o Nowogród.
  • Chujogród! - wrzeszczy jeden z nich. - Chujogród Wielki!
  • Pan Chujogród Wielki - dodaje drugi, spokojniej nieco.
  • Kradną na potęgę, nic się nigdy nie zmieni w tym jebanym kraju!
  • W ZSRR wszystko było super - dodaje drugi, bardzo spokojnie. - W kosmos ludzi puszczali, małpy puszczali, psy nawet puszczali, a teraz co - w 20 lat wszystko w pizdu rozjebali...
  • Tak tylko pytałem - mruczę i idę dalej.
Pani Wiera prowadzi galeryjkę z lokalnymi ozdobami bazującymi na tradycyjnej sztuce.
  • Nasze ozdoby są podobne do wikińskich - mówi, pokazując mi pierścienie, które sama zrobiła. - O, wzory, motywy. Tu - nasz statek. Jak drakkar, prawda? A tu...
  • ...nie da się ukryć, że swastyka - mówię.
  • A tak. Motyw solarny. Tradycyjny. Nasza sztuka wyraźnie odróżnia się od reszty Rosji. U nas była republika. Hanza, Skandynawia...
  • No właśnie - przytakuję. - A potem przyszła Moskwa i podbiła. Nie szkoda?
Pani Wiera zwraca na mnie oczy błękitne jak tysiącrublowe banknoty.
  • Ale za to teraz jedna Ruś. Święta - mówi. - A stolice? Ot, zmieniają się.
W Nowogrodzie jeszcze kilka razy się dowiaduję, że wszyscy politycy, włącznie z Putinem i Miedwiediewem, to suki i że Rosję sprzedali, a kiedyś to były rakiety, potęga i wakacje na Krymie. Teraz Krym, mówią, niby nasz, ale nie ma za co tam jechać.
Chodzę po mieście. Wygląda tak samo jak inne miasta w tej części świata. Rosja spóźniła się nieco na nowoczesność - jakieś 100 lat. W czasie, gdy w Europie powstawały wielkie kwartały mieszczańskich kamienic, w Rosji - niewiele. Cywilizacyjny ciąg, który wyssał chłopów z chat i ściągnął do miast, miał miejsce dopiero w ZSRR, i to dopiero wtedy powstały wielkie kwartały. Jednak już nie kamienic, ale bloków. Ale zawsze, czy to w XIX, czy w XX wieku - choćby Dima i Starikow zaprzeczali, ile chcieli - to Zachód był punktem odniesienia. Bo innego po prostu nie było.
Chodzę więc po mieście, które już widziałem wiele razy: na Ukrainie, w Mołdawii, na Białorusi. Z nudów czytam szyldy: Wielkoljuksnyj Miasokombinat, Staryj Zamok.
Szyld knajpy Staryj Zamok przedstawia nie lokalną wersję zamku, ale zachodnią, z gzymsami i wieżycami, z sinymi, a nie czerwonymi cegłami jak w kremlach. Napis jest stylizowany na gotyk, a nad wszystkim stoi rycerz ,nie ruski woj.
Wracam pociągiem. Siedzenie za mną kokoszą się jakieś dwudziestoparoletnie Szwedki czy Dunki, które nabijają się z brzmienia języka rosyjskiego. Najwyraźniej się go uczą. "Żyzń" - powtarzają, chichocząc. "Russkij", "Charaszo", "Koszka, katora żywiot w ogorodie".
Patrzę na rozwłóczenie za oknem i nie mam już siły na Starikowa. Wyciągam "Krutyje gorki XXI wieka" Dmitrija Trawina, liberała z petersburskiego uniwersytetu.
Trawin postuluje coś odwrotnego niż Starikow: skumać się nie z Chinami przeciwko Zachodowi, ale z Zachodem przeciwko Chinom. I przyjmować nie chińskie wartości i chińską dominację, ale wartości zachodnie. Trzeba demokratyzować, bo tylko demokratyczna kontrola skutecznie zwalcza korupcję i patologię. Trzeba brać pod uwagę emancypację kolejnych grup i dostosowywać do tych zmian strategię państwową, a nie szczuć konserwatyzmem.
Za oknami od czasu do czasu pojawiają się wysuszone chaszcze barszczu Sosnowskiego, wielkie jak rośliny z triasu czy jury.
Wysiadam w Petersburgu na Moskiewskim. Gdy tylko wychodzę z dworca, wali mnie w nos zapach taniego i tłustego żarcia i na pełnej prędkości wjeżdża we mnie na deskorolce hipster z wąsami podkręconymi jak kajzer Wilhelm.
Na drugi dzień rano znów jestem na Moskiewskim, a w ręce mam bilet na "sapsana" do stolicy. Te "sapsany" to duma Rosji: szybkie, bezszmerowe, windy do przemieszczania się pomiędzy dwiema stolicami Rosji, poza którymi zresztą spora część ich mieszkańców nigdy nie była.
Mieszkańcy prowincji pomiędzy Moskwą a Petersburgiem długo nie mogli do tych "sapsanów" przywyknąć - ludzie, jak zawsze, przechodzili przez tory, tylko nie zawsze udawało im się uciec przed czymś pędzącym 250 kilometrów na godzinę. Były ofiary, a "sapsany" nie zawsze zatrzymywały się na miejscu wypadku. Podobno dlatego, że "i tak nie miało to sensu".
Zdarzało się więc, że ludzie atakowali pociągi: tłukli szyby kamieniami i drągami, obrzucali pomidorami. Tak samo jak w Anglii atakowano pierwsze kopcące i wyjące lokomotywy.
Czekając na "sapsana", patrzę, jak podoficer ustawia świeżych rekrutów w dwuszeregu. Nadrabiają minami, ale wyglądają na wystraszonych. Prawie dzieci, każdy w ciemnooliwkowym mundurze, z czarną torbą na ramię. Podoficer też gówniarz i ma podobny mundur, tylko na ramieniu torebkę na pasku, którą we wschodniej Europie chętnie noszą faceci, żeby im portfel i klucze kieszeni nie wypychały. Podoficer odchodzi kawałek, rozmawiając przez telefon, a do oddziału podchodzi pijany facet, niosąc w ręce butelkę z ice tea, mruganiem dając do zrozumienia, że sama ice tea to to nie jest. Chłopaczki odganiają go, zerkając na podoficera.
  • Gdzie jedziecie? - pyta facet, sam popiwszy z butelki. - Na wojnę pewno, chłopaczki, na wojnę. Szkoda żyć waszych młodych...
  • Na jaką wojnę? - odburkuje mu któryś z poborowych. - Idź, ty pijaku, na chuj...
"Sapsan" jedzie. O rany: wagonowi w eleganckich szarych mundurach i białych rękawiczkach. Podają paniom rękę, gdy wchodzą na stopień. Tak, to Rosja taka, jaką sama bardzo by chciała siebie widzieć.
Jest w tym wszystkim coś XIX-wiecznego. Steampunkowy konserwatyzm, nawet jeśli entourage mocno nowoczesny. Po wagonach chodzą oficerowie w odprasowanych mundurach i biznesmeni. Kręci się pachnący młody pop o budowie i urodzie hipstera z reklam H&M w wystających spod habitu jasnych dżinsach i drogich, białych mokasynach. Przez głośnik ciepły głos informuje, że dzieci najlepiej trzymać na rękach, żeby nie zapominać bagażu i w ogóle uważać.
Facet, który rozłożył obok mnie laptop, wydzwania do Hiszpanii po "dużą partię" jakichś paneli, oficerowie wytwornie kozakują do bizneslejdis. Na pociągowych ekranach radziecki film "Razwiedcziki".
Czytam Trawina. Pisze, że Zachód chętnie "oddałby Rosji Ukrainę", tylko mu głupio, bo ta, brocząc majdanową krwią, sama mu się wpycha na salony. Patrzę przez okno na krajobraz, ale nie jest to krajobraz Rosji właściwej, jej centrum cywilizacyjnego. Petersburg powstał za późno, na ugrofińskiej ziemi.
Mam wrażenie, że chcąc zobaczyć obszar odpowiadający polskiemu jądru, terenowi między Krakowem a Warszawą, musiałbym jechać do Moskwy z Kijowa. Patrzę tymczasem na krzepkie lasy, na rzadko porozrzucane osiedla. Elegancki pociąg jadący przez przestrzeń z perspektywy Europy będącą końcem świata. W zachodniej części kontynentu - ba, nawet środkowej - nie ma już tak pustych przestrzeni.
Czytam Trawina: przewiduje powstanie w tym miejscu "międzynarodowego megaregionu", który miałby obejmować Moskwę, Petersburg, Helsinki i Tallinn. Taki megaregion przyciągnąłby zagraniczne inwestycje, pojawiłaby się sieć szybkich połączeń etc. A gdy w Rosji nastanie "normalna władza", to ten megaregion stanie się stymulatorem dla reszty Rosji.
Trawin, liberał, w ogóle nie bierze pod uwagę, że zmilitaryzowana i skorumpowana Rosja, której nie lubi i którą krytykuje, mogłaby zaatakować Zachód. Uważa, że władza próbuje nadal mościć się jak najwygodniej i przez zapewnianie obywatelom jakich takich warunków życia szukać ich poparcia. Uważa, że Rosji nawet się nie opłaca wprowadzać oficjalnie wojsk do Ługańska i Doniecka, bo ściągnie to dalsze sankcje i popsuje relacje z Zachodem.
"Pociąg zbliża się do Moskwy, stolicy Rosji" - odzywa się nagle głos z głośników. Oficerowie mają takie miny, jakby tylko siłą powstrzymywali się od salutowania.
Wysiadam z metra na Czystych Prudach i o mało nie wpadam pod konia, na którym jedzie dziewczyna w przebraniu prasłowiańskiej wojowniczki z dzidą. Plenerowy pokaz rekonstrukcyjny pod tytułem "Bohaterowie ruskich bylin".
Patrzę, jak Rosja wyobraża sobie słowiańskość, i za nic nie przypomina to wyobrażeń Polaków. Żadnych bosych pierdołów z żółtymi wąsami i fryzurami á la Piast Kołodziej. Bardziej przypomina to Madziarów z ich spiczastymi czapkami i zawiniętymi noskami butów, w skórzanych kubrakach i z zakrzywionymi szablami.
A poza tym - Moskwa się amsterdamizuje. Całe miasto pogrodzone budowami, na których pracują głównie ludzie z Azji Środkowej. Wyznaczają ścieżki rowerowe, którymi jeżdżą nieliczni rowerowi hipsterzy. Ulice wyremontowane, a chodniki - asfaltowe. Szyldoza - mocno ograniczona. Kamienice - wyremontowane.
Moskwa jest ładna. Tylko gdzieniegdzie widać pomniki trudnej przeszłości, mastodonty z lat 90., tandetne centra handlowe, które popowstawały w czasach, gdy świętości na jakiś czas przestały istnieć i przestrzeń publiczną można było sobie kupić, jeśli miało się kasę.
W sumie się dziwię, że nikt nie postawił takiego - na przykład - domu towarowego Nautilus, przypominającego morskiego potwora narysowanego przez dziecko, na placu Czerwonym albo nie urządził butiku w mauzoleum Lenina.
No i jest wszystko. Na Nikołajskiej można na przykład zjeść "japońskie bliny". Reklama domu handlowego kusi "mediolańskimi cenami", a nieopodal włóczy się półnagi i wytatuowany zieloną farbą mużyk w klapkach.
Carskość miesza się z radzieckością, nowobogackość - z hipsterskością i żulerką. Na placu Czerwonym, zaraz obok "zerowego kilometra", od którego liczy się wszystkie odległości w Rosji, siedzi bardzo dobrze ubrana kobieta i żebrze, kryjąc się za wysadzanymi kryształkami czarnymi okularami. Ma głupkowaty uśmiech i nie wiem, czy to faktycznie jakaś życiowa tragedia, czy gra dla znudzonych życiem milionerów.
Przed luksusowym hotelem nieopodal stoi portier w liberii ociekającej złotem tak suto jak radziecki generał orderami. Ale buty ma tanie i przykurzone.
Zaraz za hotelem zaczyna się narysowane miasto: cały kwartał obwieszony płachtami, na których namalowano fasady zakrytych przez nie kamienic. Wygląda to surrealistycznie i niesamowicie.
W środku tego wszystkiego siedzi Kreml - jak miasto w mieście. Jak średniowieczny zamek, w którym, jak w bajkach, żyje król odgrodzony od świata murami, wokół których rozpościera się miasto. Bzyczące, szumiące, westernizujące się, leżące w samym środku pustki.
Mieszkam na Czystych Prudach i codziennie wracam do hostelu przez słowiańską starożytność. Przechodzę pomiędzy poustawianymi na chodniku słowiańskimi demonami i bożkami, światowidami i smokami, które stoją pod kolejnym potworem z lat 90. noszącym dumną nazwę Czistyje Prudy Biznies Cientr.
Upał jak diabli. Gdzieś z głębin Syberii, rozgrzanej latem jak kamień włożony do pieca, bucha na Moskwę żar. Niebo co noc jarzy się pomarańczowo.
Wieczorami miejscowe knajpy zaczynają szaleć. Gra muzyka, a przez tłum ludzi palących papierosy na chodnikach i ulicy wolno przejeżdżają samochody.
Siedzę na piętrze w hostelu i patrzę na wszystko z góry. Albo schodzę na dół, przed hostel, gdzie co wieczór popija whisky prosto z butelki ten sam skład: Misza z Sachalinu, Artiom z Kaliningradu i Żenia z Dniepropietrowska.
Misza z Sachalinu rapuje (o tym, że z końca świata przyjechał tutaj, do centrum świata), a Artiom, z drugiego końca nieskończonej Rosji, robi ustami bity. Żenia pali jointy i średnio się przejmuje faktem, że zaraz obok jest posterunek milicji. Narzeka, że "junta" w Kijowie przemianowała mu miasto na "Dnipro", ale on i tak będzie mówił "Dniepropietrowsk".
Wszyscy przyjechali tu szukać pracy i pomieszkują w hostelu tymczasowo. Mówią, że wszystko w Rosji się zmienia. Że policja nie bierze łapówek. No, prawie nie bierze. Że za mniejsze rzeczy jeszcze można się za kasę wymigać, ale za grubsze już nie. Sama policja też już inna niż ta stara, radziecka: nie ma już czap XXL i brzuchów opatulonych mundurem ze ściągaczem; gliniarze chodzą po ulicach w czarnych kombinezonach i czarnych beretach. Sporo z nich jest Kaukazczykami i w tych strojach kojarzą się z wojskiem jakiejś południowoamerykańskiej junty.
Dmitrij, dziennikarz, który kiedyś był opozycjonistą, a później przeszedł na ostry proputinizm, mówi, że przejrzał na oczy. Spotkaliśmy się przy stacji metra Nowokuznieckaja, w otoczeniu knajp i ulicznych grajków. Mówię mu, że Moskwa stała się fajnym miastem. Macha ręką. Fajnie, mówi, że się buduje, że się naprawia, ale po cholerę te pedalskie ścieżki rowerowe?
  • To jest sprawka pieprzonych liberałów!
  • Jakich liberałów? - dziwię się. - Przecież to nie liberałowie rządzą w Moskwie!
Dmitrij patrzy na mnie dziwnym wzrokiem.
  • Z otoczenia Putina - odpowiada. - Źle mu doradzają. Po co w Moskwie ścieżki rowerowe, jak zima większość roku? Tu autami się jeździ.
Zaprasza do domu. Jedziemy metrem. Dmitrij śmieje się z tych, którzy opowiadają niestworzone, jak mówi, rzeczy o Rosji jako o siedzibie zamordyzmu i autorytaryzmu. Opowiada o bezdusznych liberałach, którzy w Moskwie wyburzają stare budynki, zostawiając tylko fasady - a on jest romantykiem i stare budynki kocha. Opowiada też o Katyniu. Stalin - jak twierdzi - kazał wymordować polskich oficerów dlatego, że bał się powtórki z historii Legionu Czechosłowackiego, który w czasie rewolucji woził się po całej Rosji i kontrolował, co chciał.
Przeopowiada tak całą drogę, wszystkie stacje i przesiadki, aż w końcu stajemy pod starą chruszczowką na podmoskiewskim osiedlu.
  • No. Teraz będziesz mógł napisać, że proputinowski propagandysta żyje bardzo źle.
Ale źle nie jest. Mieszkanie, choć skromne, całkiem przytulne. Wygląda jak stereotypowe mieszkanie radzieckiego - albo poradzieckiego - intelektualisty. Ściany zawalone książkami, mała kuchenka i stół w dużym pokoju, przy którym pijemy wódkę.
Jemy gotowane ziemniaki, kiszone warzywa i galaretę, a Dmitrij mówi, że Zachód musi paść, bo nie ma już w nim religii, a bez religii i płynących z niej wartości padnie nawet ekonomia.
Pijemy, a on atakuje. Głównie Zachód. Robi to w sposób charakterystyczny dla populistycznych harcowników. Albo myśliwych polujących na mamuta. Uderza w dobrze zidentyfikowane słabe punkty, a potem nie czeka na ripostę, tylko odskakuje - i atakuje kolejny punkt.
Interwencja w Libii, w Iraku, w Kosowie.
Przymuszanie do demokracji.
Otaczanie Rosji bazami wojskowymi.
  • Z praw człowieka zrobiliście religię! - podnosi palec do góry, zapominając, że dopiero co zarzucał Europie całkowity brak wartości.
  • Kiedyś był w Europie suprematyzm rasowy, później kulturowy, a teraz macie instytucjonalny - głosi, nie zwracając uwagi nato, że dopiero co gromko przeciwstawiał się "terrorowi politycznej poprawności". - Uważacie, że można nami gardzić, bo mamy gorsze sądy i mniej sprawnie działającą demokrację od was!
  • Juncker jest faszystą! - krzyczy. - Sprzeciwiał się demokratycznemu wyborowi Austriaków, którzy głosowali na Norberta Hofera!
  • A to nie Hofer jest faszystą? - pytam.
  • Nie jest - odpowiada bez mrugnięcia okiem - jeśli jego partia była legalnie zarejestrowana.
Czasem sięga już wyżyn absurdu, twierdząc na przykład, że to nie Rosja znajduje sobie partnerów w europejskiej skrajnej prawicy, tylko zmusza ją do tego zachodni mainstream, który z Rosją nie chce rozmawiać. Na koniec ogłasza, że Polacy i Rosjanie są podobni. Na przykład nie lubią pedałów. Powinni być z tego dumni - oznajmia, a ja proszę go o numer na taksówkę.
Wracam przez piątkową noc. Taksówka stoi w korku. Przyglądam się kierowcom. Jakiś czarnoskóry facet ma na lusterku georgijewską wstążkę. Jakieś dresy chcą się z nami ścigać stuningowaną ładą. Jakiś koleś prowadzi jeepa, na który nakleił jednocześnie symbol transformersów i napis "Spasibo diedu za pobiedu".
Bliżej Czystych Prudów po ulicy galopują dziewczyny na koniach. Pod hostelem siedzą Misza i Artiom i rapują pod whisky. Jointów nie ma, bo Żenia powiedział, że pieprzy to szukanie roboty, i wrócił do Dniepropietrowska.
Na Nowym Arbacie znajduję plakat deputowanego Wiaczesława Łysakowa, który krzyczy: "Władza pod obywatelską kontrolę". Zdziwiłem się: co to za opozycjonista inicjujący niebezpieczne oddolne ruchy? Patrzę na dół plakatu, a tam jak byk napisane: "Jedinaja Rossija".
Odchodzę z oczami w słup.
  • Tylko frajerzy wierzą w demokrację - powtarzam sobie, chodząc po stolicy autokratycznego kraju, która z wyglądu coraz bardziej przypomina Zachód. W którym żyje się, mimo kryzysu, na całkiem niezłym poziomie.
Po cholerę demokracja, skoro, jak tu wszyscy uważają, nie wierzy w nią nawet Zachód? Po co się oszukiwać, wystarczy stworzyć miraż, kopię - i mieć to samo u siebie, tylko bez tego pieprzenia z wolnościami obywatelskimi i polityczną poprawnością. Zamiast lokować swoją partię w wyborczym wyścigu na scenie politycznej, wystarczy wsadzić całą scenę polityczną - od lewicy i liberałów po prawicę i ruchy obywatelskie - do swojej partii.
Patrzę na to udawane, przegięte hipsterstwo i przypominam sobie Berlin, gdzie to wszystko, cały ten bezproblemowy lajfstajl zbudowano na dojrzałej akceptacji, tolerancji i bezwarunkowej wolności, a tutaj próbowano przeszczepić wyłącznie jego formę bez zrozumienia istoty rzeczy. Jako symbol otwartości przyjęto budowanie ścieżek rowerowych, po których mało kto jeździ, i pozwolenie obywatelom na siadanie na trawnikach w parkach.
Ale Moskwa i Piter były miastami orbitującymi. Równie dobrze mogły leżeć na Pacyfiku - klimat przyjemny, morska bryza, a nie tu, w środku eurazjatyckiego gigalądu, gdzie zimą wiucha mrozem, jakby słońce zgasło, a latem bucha żarem, aż lasy płoną.
Moskwa i Piter to nie jest Rosja, bo z resztą kraju nie mają wiele wspólnego, ale jednocześnie to istota Rosji - bo jeśli ściąć te dwie głowy rosyjskiego orła, to ciało nie będzie miało pojęcia, co ze sobą dalej robić.
  • Na prowincji nie istniejemy - mówi Iwan, dziennikarz jednej z liberalnych gazet. - Na opozycję prawie nikt nie głosuje. Nie to, że kochają Putina, czasem go wręcz nienawidzą. Po prostu nie ma nikogo innego, a nas nie traktuje się poważnie. Tylko frajerzy wierzą w demokrację.
  • A wy wierzycie? - pytam.
  • No... - waha się. - U nas jest narracja taka sama jak wszędzie indziej w Europie. Poza jedną rzeczą: nie mamy pojęcia, skąd się u was wzięło to przekonanie, że Putin kogokolwiek najedzie. Przecież tyle wysiłku włożył w zbudowanie swojej pozycji, w kupienie narodu tą całą pseudowesternizacją. Przecież on chce w spokoju dożyć śmierci i rządzić, ile się da, albo namaścić kogoś na następcę - byle nie oddać władzy komuś, komu przyjdzie do głowy wsadzić go do pierdla.
  • Ale jeśli ktoś jednocześnie na potęgę się zbroi i pada mu gospodarka - mówię - to nie może być z tego nic dobrego.
Wzrusza ramionami.
  • Kto wie, czy cała ta akcja z militaryzacją to nie po to, żeby Zachód wiedział, że jeśli będzie pod Putinem dołki kopał, to tutaj dojdzie do takiego samego szaleństwa jak w Libii po Kaddafim. Być może liczy na to, że Zachód wystraszy się takiej perspektywy i zostawi go w spokoju. A dochrapał się pozycji, jakiej chciał. Rosja wstała z kolan. Nikt nie traktuje jej już z litością i pobłażaniem jak za Jelcyna. Po co mu więcej?
Idziemy na piwo. Z nami dziewczyna, Wiera. Wiera pochodzi z Sewastopola, z Krymu. Mieszka w Moskwie, ale jest liberałką, więc w ramach protestu przeciwko aneksji nie chciała wymienić ukraińskiego paszportu na rosyjski.
  • A twoi rodzice - pytam - chcieliby, żeby Krym wrócił do Ukrainy?
  • A skąd! - uśmiecha się. - Oni za Putinem.
  • A ty byś chciała?
  • Eee - myśli. - Teraz, jak tam już wszystko pozmieniali... telefony, banki, policję, wszystko - znowu zmieniać od początku? Ludzie od tego oszaleją. To już może niech będzie tak, jak jest.
Wracam do hostelu. Tam czeka już tylko smutny Sachalińczyk. Artiom wrócił do Kaliningradu.
Tekst jest fragmentem książki pod tytułem "Międzymorze" , zapisu podróży Ziemowita Szczerka przez Europę Środkową, która ukaże się nakładem wydawnictw Agora i Czarne na przełomie 2016 i 2017 r.
*Ziemowit Szczerek ur. w 1978 r., dziennikarz, pisarz, tłumacz. Autor m.in. "Przyjdzie Mordor i nas zje", "Siódemki". Za książkę - "Tatuaż z tryzubem" nominowany do tegorocznych nagród literackich: Angelusa i Nike.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,20538288,tylko-frajerzy-wierza-w-demokracje-ziemowit-szczerek-podrozuje.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.09.13 11:39 ben13022 Ukraińcy o Polsce: Czysto, piękne domki, trawniki! A urzędnik się uśmiecha. [Reportaż]

Polaków narzekających na swój kraj wysłałabym na Ukrainę. Niech pomieszkają miesiąc, dwa. Wracając, ziemię na granicy będą całowali. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej W Polsce mieszka już prawie milion Ukraińców. Pracują, studiują, zakładają firmy. Wrażeniami dzielą się na YouTubie. Nikt tak jak Ukraińcy nie zachwyca się naszym krajem.
Ciepła woda w kranie
Artiom Kołokolkin (19 lat) z Dobropola w obwodzie donieckim. Od dwóch lat mieszka w Warszawie. Studiuje handel międzynarodowy. Pracuje jako recepcjonista w szkole tańca.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka, która już wcześniej przyjechała do Polski. Opowiadała nieprawdopodobne rzeczy, jak tu jest wspaniale. Że tu jest prawdziwa Europa. Chciałem tę Europę w końcu zobaczyć.
Zanim w październiku 2014 roku zacząłem tu studia, przyjechałem do Gliwic z grupą młodzieży jako "dziecko Doniecka". Spędzaliśmy tu wakacje z dala od wojny. Ledwo minęliśmy autokarem granicę, a ja włączyłem kamerę i zacząłem wszystko nagrywać. Zobaczyłem inny świat. Największe wrażenie zrobiły na mnie drogi. Szerokie, równe, z pomalowanymi na całej długości białymi pasami rozdzielającymi jezdnie. Prawdziwy kosmos. Chyba każdy Ukrainiec, zwłaszcza z małej miejscowości, nie może wyjść z podziwu, że mogą być drogi bez dziur. Wszystko mi się podobało.
Pierwszą rzeczą, którą kupiłem, była walizka na kółkach. U nas są o wiele droższe. Kosztowała 100 zł. Jedną czwartą pensji mojej mamy.
Rewolucyjną zmianą w moim życiu było też, że w kawalerce, którą wynajmuję, zawsze mam ciepłą wodę w kranie. Na Ukrainie mieszkałem w dziewięciopiętrowym bloku. I często nie było nawet zimnej wody. Albo tylko przez kilka godzin. Mama mi ostatnio powiedziała, że się poprawiło. Zimna woda leci teraz przez całą dobę.
Kolejny szok to komunikacja publiczna. Na Ukrainie człowiek nie wie, kiedy i jaki autobus przyjedzie. Kierowcy jeżdżą, jak chcą, często innymi trasami. W Warszawie już się przyzwyczaiłem, że autobusy przyjeżdżają na właściwy przystanek i o czasie. Gdy opowiadam o tym na Ukrainie, ludzie nie wierzą. Śmiać mi się chce, gdy warszawiacy denerwują się trzyminutowym spóźnieniem.
Za rok studiów w Warszawie płacę 1000 euro. Mama wzięła na to pożyczkę, którą spłacamy. Nie mam polskich korzeni, nie mam więc Karty Polaka. Nie mogę liczyć na żadne przywileje finansowe. Ale oceny na egzaminach dostaję tu za wiedzę, a nie za łapówki. A te na Ukrainie, także na uczelniach, są już narodowym zwyczajem. Jakiś czas temu kolega z Kijowa poprosił mnie o równowartość 70 złotych, bo taka jest na jego uczelni stawka za zdany egzamin. W Polsce o niczym takim nie słyszałem.
Dobrego wrażenia nie zepsuły mi nawet dwa incydenty. Raz w Gliwicach pod nasz hotel przyszła grupa młodych ludzi i krzyczała: "Ukraińskie świnie jedźcie na Ukrainę". Drugi raz ktoś pokazał mi środkowy palec na widok ukraińskiej flagi na moim plecaku. To było latem 2014 roku, gdy na wschodzie Ukrainy toczyły się ciężkie walki.
Niedawno byłem w Paryżu. Tamtejsze metro przypomina mi to w Kijowie. Jest brudno. Poza tym we Francji przez cały czas czułem zagrożenie. W głowie miałem te zamachy. W Niemczech też niewesoło, bo wciąż napływają uchodźcy. I tak myślę: w Wielkiej Brytanii funt leci na łeb na szyję, na Ukrainie znów może wybuchnąć wojna, a w Polsce spokój.
Co mi się bardziej podoba na Ukrainie? Dziewczyny. Na ulicy bez problemu odróżnię Ukrainkę od Polki. Ukrainka, wychodząc choćby na pięć minut do sklepu, musi się dwie godziny przygotowywać przed lustrem. Nie chcę powiedzieć, że Polki o siebie nie dbają, ale nie malują się tak jak Ukrainki. Są bardziej praktyczne.
Wiem, że nigdy nie należy mówić nigdy, ale nie wrócę już na Ukrainę. Tam nie ma dla mnie przyszłości. W Polsce mam prawo stałego pobytu. Sprowadziłem do Warszawy mamę. Chcemy tu zostać. Ale na swoim vlogu ostrzegam innych Ukraińców: nikt tu na dzień dobry nie zostaje dyrektorem. Trzeba się bardzo starać, pracować. No i uczyć polskiego.
W końcu jesteśmy Skrzyccy
Krystyna (37 lat) i Władimir (36 lat) Skritscy z Kijowa. Ona jest prawnikiem, on skończył technikum. W Polsce od półtora roku. W Krakowie prowadzą agencję nieruchomości
Krystyna: - Jechałam z synkiem autobusem. O dziwo, był bardzo zatłoczony. Aby ludzie nie zgnietli dwuletniego wtedy Nikosa, zwyczajem ukraińskim rozstawiłam ramiona i tak tkwiliśmy między pasażerami a drzwiami. Czekałam, na którym przystanku ludzie zaczną na mnie krzyczeć, że drzwi zastawiam. A tu nic. Gdy autobus się zatrzymywał, ludzie mnie przepraszali, ja się odsuwałam i tak za każdym razem. Nikt nawet nie fuknął, nie rzucił złego spojrzenia. W kijowskim autobusie zostałabym obsobaczona na czym świat stoi. Nikt by się nie przejął, że jedzie matka z małym dzieckiem.
Władimir: - Ukraińcy nie mieli czasu nauczyć się codziennej kultury. Życzliwości. U nas najpierw byli pańszczyźniani chłopi, niemal niewolnicy, a później komunizm. Nie było od kogo nauczyć się szacunku dla innych.
Krystyna: - Na Ukrainie pracowałam w firmie leasingowej. Ściągałam zaległości. Wowa pracował w firmie handlowej. Nasz poziom życia nie był zły. Razem zarabialiśmy ok. 1500 dolarów. Ale wokół widzieliśmy rozkład państwa, wszechobecną korupcję, w tym na szczytach władzy. Na Ukrainie nie ma miejsca dla ludzi, którzy chcieliby przestrzegać prawa. I ta pogarda każdego, kto ma nad drugim człowiekiem choćby minimalną władzę. Przerażające.
Władimir: - W Krakowie we wniosku o meldunek narobiłem masę błędów. Urzędniczka powiedziała, że nie ma problemu, i pomogła je poprawić. Na Ukrainie zmieszałaby mnie z błotem na oczach innych. No i oczywiście za wydanie niemal każdej decyzji wszyscy tam biorą w łapę. Bez prezentu niczego się nie załatwi. W Krakowie w żadnym urzędzie nikt ode mnie niczego chciał.
Krystyna: - I ten spokój... Na poczcie, w urzędzie ludzie czekają cierpliwie na numerek. Do okienka podchodzi jedna osoba. Na pocztach pracują bardzo miłe panie. Są wyrozumiałe i chcą pomóc. Nie raz zadawałam im mnóstwo pytań. W Kijowie urzędów z numerkami jest tylko kilka. W innych wszyscy tłoczą się przy okienkach i komentują, co kto załatwia i czemu tak długo. I po co w ogóle zawraca głowę. A urzędnicy warczą. Petent to intruz, który przeszkadza pić kawę albo jeść obiad.
Władimir: - Dla mnie wszystko tu jest inne, lepsze. Zwłaszcza ludzie. Polacy nawet inaczej się ubierają niż Ukraińcy. Bardziej kolorowo. Na Ukrainie, zwłaszcza zimą, wszyscy chodzą ubrani na czarno. Jak klony.
Krystyna: - Przylecieliśmy do Polski 31 grudnia 2014 roku. Na lotnisku w Katowicach powitali nas pogranicznicy. Panowie okazali się bardzo zasadniczy w wypełnianiu obowiązków. Zaprowadzili Wowę do oddzielnego pokoju i przez ponad godzinę sprawdzali nasze papiery.
Władimir: - Mieliśmy ze sobą wszystkie pieniądze za sprzedane mieszkanie. Nie wiem, czy to wzbudziło podejrzenia strażników, ale powiedzieli, że nas nie wpuszczą. Zacząłem na nich krzyczeć. Wrzeszczałem, że przyleciałem do Polski pracować, płacić podatki, wychowywać dzieci. Że przecież mamy pieniądze na życie, że nie będziemy wykorzystywać polskiego podatnika. Jako ostatniego argumentu użyłem polskich przodków. Wykrzyczałem im, że mój pradziadek był Skrzycki. Że mam po nim nazwisko. Może to zrobiło na nich wrażenie, bo nas wpuścili.
Krystyna: - Ja też mam polskich przodków. Z domu jestem Koreniewska. I imię mi rodzice dali zupełnie nieukraińskie. Nie mamy pretensji do tych strażników. Wykonywali swoje obowiązki. Ale nie krzyczeli, nie pokazywali swojej władzy, nie dali do zrozumienia, że nasza przyszłość zależy od ich humoru. A tak zachowują się ukraińscy policjanci czy strażnicy. Każdy, kto ma jakąś władzę nad drugim człowiekiem.
Minusy życia w Polsce? Zanieczyszczone powietrze w Krakowie.
Władimir: - Na razie wynajmujemy mieszkanie, ale będziemy chcieli kupić własne. Córka od września pójdzie do pierwszej klasy. Po polsku mówi lepiej niż ja. Mamy dwie firmy. Jedna to agencja nieruchomości. Druga to pomoc prawna. Pomagamy Ukraińcom, Białorusinom i Rosjanom, którzy chcą w Polsce wynająć lub kupić mieszkanie. Na naszym vlogu za darmo udzielamy konsultacji.
Krystyna: - Chcielibyśmy mieć polskie obywatelstwo i szybko się zintegrować z Polakami. W końcu jesteśmy Skrzyccy.
Proszę pani, proszę pana
Luda (40 lat) i Walerij (40 lat) Migaczowowie z Czernichowa. Od czterech miesięcy mieszkają we Wrocławiu. Ona pracuje w zakładzie produkującym wafle, on w firmie transportowej
Luda: - Wynajmujemy dwa pokoje na Krzykach. Ładne, umeblowane, za 1800 złotych. Dobrze się mieszka, ale nie mamy kontaktów z sąsiadami. To prawie sami emeryci. Mówimy sobie dzień dobry i tyle.
Walerij: - Ale nigdy nikt nam nic złego nie powiedział. A przecież słyszą, że nie mówimy po polsku.
Luda: - Na Ukrainie jest przekonanie, że w Polsce nie lubią Ukraińców. Na naszym vlogu odpowiadamy: nam tu bardzo dobrze i nie ma się czego obawiać.
Walerij: - Naszego jedenastoletniego Aleksieja sprowadziliśmy na początku lipca. Był tydzień na półkoloniach i ma już polskich kolegów. Za pół roku będzie mówił po polsku bez akcentu. Na Ukrainie została jeszcze 21-letnia córka i 19-letni syn, który jest kontraktowym żołnierzem.
Luda: - Jest na wojnie. Dowodzi czołgiem. Zostało mu pół roku służby. Jak tylko skończy kontrakt, chce dołączyć do nas. Córka też.
Walerij: - Na Ukrainie miałem kilka biznesów, na przykład produkowałem meble biurowe, cały czas mam jeszcze saunę, którą teraz prowadzi ktoś inny. W Polsce pracuję jako kierowca w firmie transportowej. Wożę ludzi.
Luda: - Ja miałam sześć sklepów na bazarach. Wszystko szło dobrze do 2014 roku, do wybuchu wojny. Na Ukrainie wszystko przelicza się na dolary. Wtedy zaczął rosnąć kurs, więc ludziom coraz mniej zostawało pieniędzy. Nasze interesy przestały się opłacać.
Walerij: - W listopadzie powiedzieliśmy "dość". Luda zlikwidowała sklepy, a ja zakład meblowy. Żeby mieć pieniądze na podróż, wynajem mieszkania i pierwsze tygodnie w Polsce, sprzedaliśmy samochód.
Luda: - Nie myślimy o wyjeździe do innego kraju. Mamy podobną mentalność, podobne języki. Zawsze możemy wsiąść w samochód i pojechać te tysiąc kilometrów do Czernichowa.
Walerij: - Byłem w Stanach, Kanadzie, Niemczech, Holandii, Francji. Wszędzie pięknie. Ale co z tego, skoro ludzie inni. Niemców nie lubię.
Luda: - Nigdy wcześniej nie byłam za granicą. Przyjechałam do Polski i wpadłam w zachwyt. Ludzie jak u nas, ale jednak Europa. Przede wszystkim te wasze drogi. U nas takie dziury, że samochodom urywa koła. Dosłownie.
Walerij: - Na Ukrainie od niedawna jest policja, nie milicja. Ale łapówki jak brali, tak biorą. Policji wszyscy się boją, bo mogą zrobić z człowiekiem, co chcą. Nikt nie podejdzie do policjanta z własnej woli. A ja w Polsce robiłem synowi zdjęcia w czapce policjanta. Poprosiłem i on zdjął tę czapkę, posadził syna w radiowozie. Na Ukrainie do głowy by mi to nie przyszło.
Luda: - W polskim sklepie asortyment bez porównania większy. Jogurtów macie przeróżne rodzaje. Taniej. I ta obsługa w sklepach. Tu się nie krzyczy. Nie pogania przy ladzie: "Bystriej, bystriej!", jak się zagapisz. Wszyscy stoją grzecznie. I jest to polskie "proszę", "dziękuję", "proszę pani, proszę pana". Kultura. A polskie domy takije krasiwyje. Zadbane. Te trawniki, kwiaty, krzewy. Nawet na dalekiej wsi. U nas takie są u bogaczy. A tu normalni ludzie tak mieszkają. Dlatego wielu Ukraińców wszystko nagrywa i później pokazuje na swoich kanałach na YouTubie.
Walerij: - Na Ukrainie jak ktoś ma coś ładnego wokół domu, to postawi wysoki na parę metrów betonowy mur, że nawet się tego nie zobaczy. Ale największe różnice widać na wsi. Polska wieś żyje. Ludzie pracują, dbają o gospodarstwa. Na Ukrainie kołchozów już nie ma, ziemia jest w rękach prywatnych, ale wieś ukraińska pracuje w mieście. Jak ktoś ma gospodarstwo, to tylko nasadzi kartofli, żeby mieć co jeść.
Polacy nie mają takich problemów jak my. Zarobi i myśli o kupnie nowego sprzętu do domu, o grillu, piwie albo urlopie. Odpoczywa po pracy. Ukrainiec cały czas drży, jak przetrwać następny dzień.
Luda: - Jeszcze dwóch rzeczy zazdrościmy Polakom. Tu starszym ludziom ustępuje się miejsca w autobusach. Sama widziałam. Na Ukrainie nikt się nie ruszy. I w Polsce, gdy jedzie karetka, wszyscy kierowcy robią przejazd. Na Ukrainie karetki muszę się przedzierać, a jak im się nie uda, to stoją.
Walerij: - Ilu naszych znajomych chce przyjechać do Polski? Wszyscy. Dosłownie. Nasz vlog Polsza dla tiebia, czyli Polska dla ciebie, prowadzimy, by innym ułatwić przyjazd do Polski. Żeby nie tracili pieniędzy na pośredników. Jesteśmy tu kilka miesięcy, a już pomogliśmy przyjechać ośmiu znajomym.
Co jest dobrego na Ukrainie? Ludzie. Ukraińcy to pracowity i dobry naród. Tylko strasznie upodlony.
Luda: - Co nam się w Polsce nie podoba? W święta prawie wszystko jest zamknięte. U nas nie ma takiego święta, żeby pozamykali sklepy.
Chcielibyśmy tu założyć jakiś swój biznes. Sprzedamy dom na Ukrainie i kupimy tu, w Polsce. Aleksiej, chodząc po Wrocławiu, pokazuje ukwiecone balkony i mówi: Mama, taki kiedyś będziemy mieć w naszym domu. Ukraińcy o Polsce: Czysto, piękne domki, trawniki! A urzędnik się uśmiecha Wyborcza.pl · by Jacek Różalski · January 9, 2016 Wyborcza.pl Duży Format REKLAMA
Jelena Sudina z Awdijewki pod Donieckiem: - Byłam w Berlinie i mi się nie podobało. Jakiś inny, obcy dla mnie klimat. Czułam się nieswojo. A w Warszawie jak w domu (Fot. Albert Zawada/ Agencja Gazeta)
Zobacz zdjęcia (3) Polaków narzekających na swój kraj wysłałabym na Ukrainę. Niech pomieszkają miesiąc, dwa. Wracając, ziemię na granicy będą całowali. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej W Polsce mieszka już prawie milion Ukraińców. Pracują, studiują, zakładają firmy. Wrażeniami dzielą się na YouTubie. Nikt tak jak Ukraińcy nie zachwyca się naszym krajem.
Ciepła woda w kranie
Artiom Kołokolkin (19 lat) z Dobropola w obwodzie donieckim. Od dwóch lat mieszka w Warszawie. Studiuje handel międzynarodowy. Pracuje jako recepcjonista w szkole tańca.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka, która już wcześniej przyjechała do Polski. Opowiadała nieprawdopodobne rzeczy, jak tu jest wspaniale. Że tu jest prawdziwa Europa. Chciałem tę Europę w końcu zobaczyć.
Zanim w październiku 2014 roku zacząłem tu studia, przyjechałem do Gliwic z grupą młodzieży jako "dziecko Doniecka". Spędzaliśmy tu wakacje z dala od wojny. Ledwo minęliśmy autokarem granicę, a ja włączyłem kamerę i zacząłem wszystko nagrywać. Zobaczyłem inny świat. Największe wrażenie zrobiły na mnie drogi. Szerokie, równe, z pomalowanymi na całej długości białymi pasami rozdzielającymi jezdnie. Prawdziwy kosmos. Chyba każdy Ukrainiec, zwłaszcza z małej miejscowości, nie może wyjść z podziwu, że mogą być drogi bez dziur. Wszystko mi się podobało.
Pierwszą rzeczą, którą kupiłem, była walizka na kółkach. U nas są o wiele droższe. Kosztowała 100 zł. Jedną czwartą pensji mojej mamy.
Rewolucyjną zmianą w moim życiu było też, że w kawalerce, którą wynajmuję, zawsze mam ciepłą wodę w kranie. Na Ukrainie mieszkałem w dziewięciopiętrowym bloku. I często nie było nawet zimnej wody. Albo tylko przez kilka godzin. Mama mi ostatnio powiedziała, że się poprawiło. Zimna woda leci teraz przez całą dobę.
Kolejny szok to komunikacja publiczna. Na Ukrainie człowiek nie wie, kiedy i jaki autobus przyjedzie. Kierowcy jeżdżą, jak chcą, często innymi trasami. W Warszawie już się przyzwyczaiłem, że autobusy przyjeżdżają na właściwy przystanek i o czasie. Gdy opowiadam o tym na Ukrainie, ludzie nie wierzą. Śmiać mi się chce, gdy warszawiacy denerwują się trzyminutowym spóźnieniem.
Za rok studiów w Warszawie płacę 1000 euro. Mama wzięła na to pożyczkę, którą spłacamy. Nie mam polskich korzeni, nie mam więc Karty Polaka. Nie mogę liczyć na żadne przywileje finansowe. Ale oceny na egzaminach dostaję tu za wiedzę, a nie za łapówki. A te na Ukrainie, także na uczelniach, są już narodowym zwyczajem. Jakiś czas temu kolega z Kijowa poprosił mnie o równowartość 70 złotych, bo taka jest na jego uczelni stawka za zdany egzamin. W Polsce o niczym takim nie słyszałem.
Dobrego wrażenia nie zepsuły mi nawet dwa incydenty. Raz w Gliwicach pod nasz hotel przyszła grupa młodych ludzi i krzyczała: "Ukraińskie świnie jedźcie na Ukrainę". Drugi raz ktoś pokazał mi środkowy palec na widok ukraińskiej flagi na moim plecaku. To było latem 2014 roku, gdy na wschodzie Ukrainy toczyły się ciężkie walki.
Niedawno byłem w Paryżu. Tamtejsze metro przypomina mi to w Kijowie. Jest brudno. Poza tym we Francji przez cały czas czułem zagrożenie. W głowie miałem te zamachy. W Niemczech też niewesoło, bo wciąż napływają uchodźcy. I tak myślę: w Wielkiej Brytanii funt leci na łeb na szyję, na Ukrainie znów może wybuchnąć wojna, a w Polsce spokój.
Co mi się bardziej podoba na Ukrainie? Dziewczyny. Na ulicy bez problemu odróżnię Ukrainkę od Polki. Ukrainka, wychodząc choćby na pięć minut do sklepu, musi się dwie godziny przygotowywać przed lustrem. Nie chcę powiedzieć, że Polki o siebie nie dbają, ale nie malują się tak jak Ukrainki. Są bardziej praktyczne.
Wiem, że nigdy nie należy mówić nigdy, ale nie wrócę już na Ukrainę. Tam nie ma dla mnie przyszłości. W Polsce mam prawo stałego pobytu. Sprowadziłem do Warszawy mamę. Chcemy tu zostać. Ale na swoim vlogu ostrzegam innych Ukraińców: nikt tu na dzień dobry nie zostaje dyrektorem. Trzeba się bardzo starać, pracować. No i uczyć polskiego.
W końcu jesteśmy Skrzyccy
Krystyna (37 lat) i Władimir (36 lat) Skritscy z Kijowa. Ona jest prawnikiem, on skończył technikum. W Polsce od półtora roku. W Krakowie prowadzą agencję nieruchomości
Krystyna: - Jechałam z synkiem autobusem. O dziwo, był bardzo zatłoczony. Aby ludzie nie zgnietli dwuletniego wtedy Nikosa, zwyczajem ukraińskim rozstawiłam ramiona i tak tkwiliśmy między pasażerami a drzwiami. Czekałam, na którym przystanku ludzie zaczną na mnie krzyczeć, że drzwi zastawiam. A tu nic. Gdy autobus się zatrzymywał, ludzie mnie przepraszali, ja się odsuwałam i tak za każdym razem. Nikt nawet nie fuknął, nie rzucił złego spojrzenia. W kijowskim autobusie zostałabym obsobaczona na czym świat stoi. Nikt by się nie przejął, że jedzie matka z małym dzieckiem.
Władimir: - Ukraińcy nie mieli czasu nauczyć się codziennej kultury. Życzliwości. U nas najpierw byli pańszczyźniani chłopi, niemal niewolnicy, a później komunizm. Nie było od kogo nauczyć się szacunku dla innych.
Krystyna: - Na Ukrainie pracowałam w firmie leasingowej. Ściągałam zaległości. Wowa pracował w firmie handlowej. Nasz poziom życia nie był zły. Razem zarabialiśmy ok. 1500 dolarów. Ale wokół widzieliśmy rozkład państwa, wszechobecną korupcję, w tym na szczytach władzy. Na Ukrainie nie ma miejsca dla ludzi, którzy chcieliby przestrzegać prawa. I ta pogarda każdego, kto ma nad drugim człowiekiem choćby minimalną władzę. Przerażające.
Władimir: - W Krakowie we wniosku o meldunek narobiłem masę błędów. Urzędniczka powiedziała, że nie ma problemu, i pomogła je poprawić. Na Ukrainie zmieszałaby mnie z błotem na oczach innych. No i oczywiście za wydanie niemal każdej decyzji wszyscy tam biorą w łapę. Bez prezentu niczego się nie załatwi. W Krakowie w żadnym urzędzie nikt ode mnie niczego chciał.
Krystyna: - I ten spokój... Na poczcie, w urzędzie ludzie czekają cierpliwie na numerek. Do okienka podchodzi jedna osoba. Na pocztach pracują bardzo miłe panie. Są wyrozumiałe i chcą pomóc. Nie raz zadawałam im mnóstwo pytań. W Kijowie urzędów z numerkami jest tylko kilka. W innych wszyscy tłoczą się przy okienkach i komentują, co kto załatwia i czemu tak długo. I po co w ogóle zawraca głowę. A urzędnicy warczą. Petent to intruz, który przeszkadza pić kawę albo jeść obiad.
Władimir: - Dla mnie wszystko tu jest inne, lepsze. Zwłaszcza ludzie. Polacy nawet inaczej się ubierają niż Ukraińcy. Bardziej kolorowo. Na Ukrainie, zwłaszcza zimą, wszyscy chodzą ubrani na czarno. Jak klony.
Krystyna: - Przylecieliśmy do Polski 31 grudnia 2014 roku. Na lotnisku w Katowicach powitali nas pogranicznicy. Panowie okazali się bardzo zasadniczy w wypełnianiu obowiązków. Zaprowadzili Wowę do oddzielnego pokoju i przez ponad godzinę sprawdzali nasze papiery.
Władimir: - Mieliśmy ze sobą wszystkie pieniądze za sprzedane mieszkanie. Nie wiem, czy to wzbudziło podejrzenia strażników, ale powiedzieli, że nas nie wpuszczą. Zacząłem na nich krzyczeć. Wrzeszczałem, że przyleciałem do Polski pracować, płacić podatki, wychowywać dzieci. Że przecież mamy pieniądze na życie, że nie będziemy wykorzystywać polskiego podatnika. Jako ostatniego argumentu użyłem polskich przodków. Wykrzyczałem im, że mój pradziadek był Skrzycki. Że mam po nim nazwisko. Może to zrobiło na nich wrażenie, bo nas wpuścili.
Krystyna: - Ja też mam polskich przodków. Z domu jestem Koreniewska. I imię mi rodzice dali zupełnie nieukraińskie. Nie mamy pretensji do tych strażników. Wykonywali swoje obowiązki. Ale nie krzyczeli, nie pokazywali swojej władzy, nie dali do zrozumienia, że nasza przyszłość zależy od ich humoru. A tak zachowują się ukraińscy policjanci czy strażnicy. Każdy, kto ma jakąś władzę nad drugim człowiekiem.
Minusy życia w Polsce? Zanieczyszczone powietrze w Krakowie.
Władimir: - Na razie wynajmujemy mieszkanie, ale będziemy chcieli kupić własne. Córka od września pójdzie do pierwszej klasy. Po polsku mówi lepiej niż ja. Mamy dwie firmy. Jedna to agencja nieruchomości. Druga to pomoc prawna. Pomagamy Ukraińcom, Białorusinom i Rosjanom, którzy chcą w Polsce wynająć lub kupić mieszkanie. Na naszym vlogu za darmo udzielamy konsultacji.
Krystyna: - Chcielibyśmy mieć polskie obywatelstwo i szybko się zintegrować z Polakami. W końcu jesteśmy Skrzyccy.
Proszę pani, proszę pana
Luda (40 lat) i Walerij (40 lat) Migaczowowie z Czernichowa. Od czterech miesięcy mieszkają we Wrocławiu. Ona pracuje w zakładzie produkującym wafle, on w firmie transportowej
Luda: - Wynajmujemy dwa pokoje na Krzykach. Ładne, umeblowane, za 1800 złotych. Dobrze się mieszka, ale nie mamy kontaktów z sąsiadami. To prawie sami emeryci. Mówimy sobie dzień dobry i tyle.
Walerij: - Ale nigdy nikt nam nic złego nie powiedział. A przecież słyszą, że nie mówimy po polsku.
Luda: - Na Ukrainie jest przekonanie, że w Polsce nie lubią Ukraińców. Na naszym vlogu odpowiadamy: nam tu bardzo dobrze i nie ma się czego obawiać.
Walerij: - Naszego jedenastoletniego Aleksieja sprowadziliśmy na początku lipca. Był tydzień na półkoloniach i ma już polskich kolegów. Za pół roku będzie mówił po polsku bez akcentu. Na Ukrainie została jeszcze 21-letnia córka i 19-letni syn, który jest kontraktowym żołnierzem.
Luda: - Jest na wojnie. Dowodzi czołgiem. Zostało mu pół roku służby. Jak tylko skończy kontrakt, chce dołączyć do nas. Córka też.
Walerij: - Na Ukrainie miałem kilka biznesów, na przykład produkowałem meble biurowe, cały czas mam jeszcze saunę, którą teraz prowadzi ktoś inny. W Polsce pracuję jako kierowca w firmie transportowej. Wożę ludzi.
Luda: - Ja miałam sześć sklepów na bazarach. Wszystko szło dobrze do 2014 roku, do wybuchu wojny. Na Ukrainie wszystko przelicza się na dolary. Wtedy zaczął rosnąć kurs, więc ludziom coraz mniej zostawało pieniędzy. Nasze interesy przestały się opłacać.
Walerij: - W listopadzie powiedzieliśmy "dość". Luda zlikwidowała sklepy, a ja zakład meblowy. Żeby mieć pieniądze na podróż, wynajem mieszkania i pierwsze tygodnie w Polsce, sprzedaliśmy samochód.
Luda: - Nie myślimy o wyjeździe do innego kraju. Mamy podobną mentalność, podobne języki. Zawsze możemy wsiąść w samochód i pojechać te tysiąc kilometrów do Czernichowa.
Walerij: - Byłem w Stanach, Kanadzie, Niemczech, Holandii, Francji. Wszędzie pięknie. Ale co z tego, skoro ludzie inni. Niemców nie lubię.
Luda: - Nigdy wcześniej nie byłam za granicą. Przyjechałam do Polski i wpadłam w zachwyt. Ludzie jak u nas, ale jednak Europa. Przede wszystkim te wasze drogi. U nas takie dziury, że samochodom urywa koła. Dosłownie.
Walerij: - Na Ukrainie od niedawna jest policja, nie milicja. Ale łapówki jak brali, tak biorą. Policji wszyscy się boją, bo mogą zrobić z człowiekiem, co chcą. Nikt nie podejdzie do policjanta z własnej woli. A ja w Polsce robiłem synowi zdjęcia w czapce policjanta. Poprosiłem i on zdjął tę czapkę, posadził syna w radiowozie. Na Ukrainie do głowy by mi to nie przyszło.
Luda: - W polskim sklepie asortyment bez porównania większy. Jogurtów macie przeróżne rodzaje. Taniej. I ta obsługa w sklepach. Tu się nie krzyczy. Nie pogania przy ladzie: "Bystriej, bystriej!", jak się zagapisz. Wszyscy stoją grzecznie. I jest to polskie "proszę", "dziękuję", "proszę pani, proszę pana". Kultura. A polskie domy takije krasiwyje. Zadbane. Te trawniki, kwiaty, krzewy. Nawet na dalekiej wsi. U nas takie są u bogaczy. A tu normalni ludzie tak mieszkają. Dlatego wielu Ukraińców wszystko nagrywa i później pokazuje na swoich kanałach na YouTubie.
Walerij: - Na Ukrainie jak ktoś ma coś ładnego wokół domu, to postawi wysoki na parę metrów betonowy mur, że nawet się tego nie zobaczy. Ale największe różnice widać na wsi. Polska wieś żyje. Ludzie pracują, dbają o gospodarstwa. Na Ukrainie kołchozów już nie ma, ziemia jest w rękach prywatnych, ale wieś ukraińska pracuje w mieście. Jak ktoś ma gospodarstwo, to tylko nasadzi kartofli, żeby mieć co jeść.
Polacy nie mają takich problemów jak my. Zarobi i myśli o kupnie nowego sprzętu do domu, o grillu, piwie albo urlopie. Odpoczywa po pracy. Ukrainiec cały czas drży, jak przetrwać następny dzień.
Luda: - Jeszcze dwóch rzeczy zazdrościmy Polakom. Tu starszym ludziom ustępuje się miejsca w autobusach. Sama widziałam. Na Ukrainie nikt się nie ruszy. I w Polsce, gdy jedzie karetka, wszyscy kierowcy robią przejazd. Na Ukrainie karetki muszę się przedzierać, a jak im się nie uda, to stoją.
Walerij: - Ilu naszych znajomych chce przyjechać do Polski? Wszyscy. Dosłownie. Nasz vlog Polsza dla tiebia, czyli Polska dla ciebie, prowadzimy, by innym ułatwić przyjazd do Polski. Żeby nie tracili pieniędzy na pośredników. Jesteśmy tu kilka miesięcy, a już pomogliśmy przyjechać ośmiu znajomym.
Co jest dobrego na Ukrainie? Ludzie. Ukraińcy to pracowity i dobry naród. Tylko strasznie upodlony.
Luda: - Co nam się w Polsce nie podoba? W święta prawie wszystko jest zamknięte. U nas nie ma takiego święta, żeby pozamykali sklepy.
Chcielibyśmy tu założyć jakiś swój biznes. Sprzedamy dom na Ukrainie i kupimy tu, w Polsce. Aleksiej, chodząc po Wrocławiu, pokazuje ukwiecone balkony i mówi: Mama, taki kiedyś będziemy mieć w naszym domu.
O nic się nie martwię
Jelena Sudina (38 lat) z Awdijewki pod Donieckiem. Instruktorka fitnessu. W Warszawie mieszka od dwóch lat
Jestem rosyjskojęzyczną Ukrainką. Jak większość na wschodzie Ukrainy. Ale nie mam nic wspólnego z separatystami, przez których musiałam opuścić dom. Trafiła w niego bomba. Na szczęście nikomu nic się nie stało. W maju 2014 roku uciekłam z 12-letnim synem. Żeby mieć pieniądze na wyjazd, sprzedałam samochód.
Przez 15 lat byłam nauczycielką informatyki. Miałam też studio fotograficzne i sklep internetowy: sprzedawałam pościel i zabawki. Rano - szkoła, a popołudniami i wieczorami - biznes. Z pensji nauczycielki ledwo starcza na opłacenie czynszu i rachunków. Każdy nauczyciel musi dorabiać, inaczej nie miałby na jedzenie.
Donieck to duże, prężne i bogate miasto, ale w porównaniu z Warszawą to inna planeta. Trolejbusy są stare, strasznie zapchane, a kierowcy to niesamowite chamy, krzyczą na pasażerów. Tu podziwiam transport miejski: niskopodłogowe autobusy i tramwaje. U nas inwalidami nikt się nie przejmuje, więc wielu życie spędza w domach. Wrażenie zrobiły na mnie elektroniczne wyświetlacze i zapowiedzi kolejnych przystanków. W Warszawie jadę sobie po równych ulicach. Rozglądam się. Obserwuję ludzi na chodnikach albo sklepy. I o nic się nie martwię. Wreszcie czuję spokój.
To nie spodoba się niektórym Ukraińcom, ale mentalnie bardziej pasuję do Polski. Żałuję, że nie mam polskich korzeni. Nie chodzi przy tym o Kartę Polaka i związane z nią przywileje. Polacy mają cechy, których brakuje Ukraińcom. Tu ludzie sobie pomagają. Jak ktoś pyta o drogę, to życzliwie tłumaczą. Na Ukrainie ludzie nie są życzliwi.
Byłam w Berlinie i mi się nie podobało. Jakiś inny, obcy dla mnie klimat. Czułam się nieswojo. A w Warszawie jak w domu. Wciąż jestem jak turystka, która nie może przestać się zachwycać. Choć po dwóch latach dostrzegam, że są korki i że nie wszystkie domy są wyremontowane.
Tęsknię za Donieckiem, ale wiem, że nigdy tam nie wrócę. Tu ludzie mają możliwości rozwoju, spokojnego życia. Na Ukrainie takich perspektyw nie ma.
Jestem szczęśliwa, że mój syn będzie dorastał w Polsce. W gimnazjum na Bemowie został bardzo dobrze przyjęty przez kolegów. Zaopiekowali się nim. Jemu tak spodobało się w szkole, że żałował, że nie ma lekcji w weekendy. Proszę sobie wyobrazić, że Borys zdobył w gimnazjum drugie miejsce w konkursie wiedzy o Warszawie.
Podobnie jak ja jest zafascynowany tańcem. Często jeździmy na zawody. Niedawno zajął ósme miejsce na Grand Prix Polski. Ja szkolę instruktorów tańca. A niedawno założyłam także studio filmowe. Nakręciliśmy już jeden film edukacyjny. Teraz zdobyłam grant na nagranie filmu o imigrantach w Polsce. Nie tylko o Ukraińcach.
Czy spotkało mnie coś przykrego? Osobiście nie. Ale nie raz widzieliśmy napisy "Polska tylko dla Polaków". Teraz dzieje się wszędzie tyle dziwnych rzeczy, że kazałam Borysowi w autobusach mówić tylko po polsku. Nawet gdy rozmawia ze mną przez telefon. Tak dla bezpieczeństwa.
Moje plany? Kiedyś kupię sobie domek pod Warszawą i spędzę w nim spokojnie resztę życia.
Urzędnik się uśmiecha
Anastazja Kwadrowicz (29 lat) i Andrzej Mołodecki (24 lata), rodzeństwo z Żytomierza. Ona zajmuje się obsługą klientów w firmie kanadyjskiej, on szuka pracy. Od trzech lat w Warszawie
Andrzej: - Granicę przekroczyliśmy w nocy, więc niewiele widzieliśmy po drodze. Ja pierwszy raz wyjeżdżałem z Ukrainy, więc bardzo mnie ciekawiło, jak to będzie.
Anastazja: - Przyjechaliśmy 21 lipca 2013 roku. Mówiliśmy już nieźle po polsku dzięki naszej nauczycielce, która pochodzi z Warszawy. Pani Helena opowiadała, że w Polsce nie ma bezdomnych psów. A my pod dworcem od razu zobaczyliśmy dużego, ewidentnie bezdomnego psa. Zrobiliśmy zdziwione miny. No i sam Dworzec Zachodni też nie prezentował się wtedy dobrze. To była trochę taka Ukraina. Szaro, trochę brudno. Teraz wygląda to o wiele lepiej. No i rzeczywiście w Warszawie bezdomne zwierzęta to pojedyncze przypadki. A po Ukrainie biegają całe watahy wielkich bezdomnych psów. I kotów.
Andrzej: - Pierwszego dnia poszliśmy oglądać miasto. Marszałkowska, Stare Miasto, Trakt Królewski. Dopiero tam krzyknęliśmy "Wow!". To była naprawdę Europa. Czysto, na chodnikach kwiaty i drzewa w donicach.
Anastazja: - Ogródki kawiarniane. Czegoś takiego na Ukrainie nie widzieliśmy.
Andrzej: - Zachwytów starczyło nam do Łazienek. Tam poczuliśmy takie zmęczenie, żeśmy spali na ławce. Na zmiany. Na drugi dzień znaleźliśmy mieszkanie.
Anastazja: - Tata był Ukraińcem. Polakami byli nasi dziadkowie i pradziadkowie ze strony matki. Dostaliśmy Karty Polaka.
Andrzej: - Ja, mając 16 lat, przyjąłem nazwisko matki: Mołodecki. Na Ukrainie w momencie wystąpienia o paszport można zmienić nazwisko. Wiele osób tak robi. Ja chciałem podkreślić moje polskie korzenie.
Anastazja: - Od dziecka byliśmy wychowywani przez matkę, żeby nie kłamać, nie brać i nie dawać łapówek, uczciwie zarabiać na życie. Ale na Ukrainie ludzie z takimi zasadami nie przeżyją. Pojechałam do Kijowa na studia. Myślałam: założę firmę, będę płaciła podatki i godnie żyła. Nic z tego. Nie dałam rady. Nie chciałam dawać łapówek urzędnikom.
Andrzej: - Studiowałem architekturę krajobrazu. Można bardzo dobrze wykuć się do egzaminu, ale i tak trzeba pokazać egzaminatorowi, że się na przykład kupiło jakąś jego książkę, bo on z tego ma pieniądze. Żeby dostać dyplom z dobrymi ocenami, nie wystarczy zdać bardzo dobrze wszystkie egzaminy, trzeba dać za to kasę. Także na uczelniach państwowych.
Anastazja: - W Polsce tyle razy załatwialiśmy sprawy w urzędach i nigdy nikt nie zasugerował, że chce od nas łapówkę.
Andrzej: - I wszyscy są tacy grzeczni. Pamiętam jak dziś rejestrację samochodu w Warszawie. Czekaliśmy w poczekalni na swoją kolej, a do środka co chwila ktoś wchodził. I każdy mówił "dzień dobry". Byliśmy w szoku. "Ale jak to? To tu się tak ludzie zachowują?".
Andrzej: - Teraz, jeżdżąc na Ukrainę, sami wszędzie mówimy "dzień dobry".
Anastazja: - Ludzie patrzą na nas jak na nienormalnych.
Anastazja: - Gdy słyszę narzekania Polaków na urzędy albo w ogóle na swój kraj, mam ochotę ich wysłać na Ukrainę. Niechby pomieszkali miesiąc, dwa za ukraińską pensję lub emeryturę. Wracaliby szybko do Polski i na granicy całowali ziemię. Polacy narzekają na kraj, ale starają się go ulepszać. Ukraińcy narzekają i nic nie robią, by żyło im się lepiej. Śnią o Europie i czekają, aż ktoś przyjedzie i im tę bogatą Europę przyniesie.
Andrzej: - Już się tak przyzwyczaiłem do wygodnego, bezpiecznego życia w Polsce, że czasami zaczyna mnie ono nudzić. Ale wystarczy pięć dni na Ukrainie i chcę wracać do Warszawy. I znów się zachwycam Polską.
Reportaż Jacka Różalskiego
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20624368,ukraincy-o-polsce-czysto-piekne-domki-trawniki-a-urzednik.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]